Śmierć turyście w małym mieście

Śmierć turyście w małym mieście
fot. Krzysztof Gwizdała Zabawne spojrzenie na rozdźwięk między kolorowymi folderami reklamującymi atrakcje Bolesławca a rzeczywistymi atrakcjami.
istotne.pl promocja, turystyka, miasto

Gdyby w turystyce nuda zabijała jak czarna mamba, jak długo przetrwałby w naszym mieście przeciętny turysta, który dostał się tu zachęcony kolorowymi folderami z Urzędu Miasta? Żyłby krótko.

Rezerwując miejsce w jakimkolwiek hotelu i chcąc zobaczyć rynek – tę perełkę Bolesławca – przeszedłby jedną z tras naznaczoną przez jakiegoś słynnego człowieka czy inne historyczne wydarzenie. Mógłby tego nawet nie zauważyć, gdyby dobrze nie wczytał się w folder, lub już po przespacerowaniu się daną trasą zakrzyknąłby ze zdziwieniem: A, to było to – ślad słynnego Kutuzowa! I ja przeszedłem już tę trasę? Trudno.

Trudno i czas umierać, zakrzykniemy my, bo jad nudy zaczyna wolno się w turystę sączyć. Z ulotką barwną w dłoni turysta na rynku stwierdza obecność ratusza, kamieniczek, bramy jakiejś tam – Piastowskiej, pamiątkowej tablicy i kościoła. Czy zobaczy barokowy wystrój, zależy od tego, czy drzwi świątyni będą otwarte. Ale, powiedzcie szczerze, ile osób w waszym towarzystwie interesuje się barokiem? A myślicie, że zwykły człowiek, który wyjechał na weekend, zmienia siebie i swoje upodobania i z przeciętnego amatora seriali i programów rozrywkowych przedzierzgnąć się zdoła w konesera baroku, i to jeszcze śląskiego? Odpowiedź brzmi: nie! Może teraz uważacie, że nieuk turysta zasłużył na śmierć? Spokojnie, bo po piętnastu minutach, kiedy zdążył zwiedzić już rynek, zaczyna mu się pogarszać.

Ale on nie wie, co go zabija, dlatego wyrusza na malutki spacerek miejskimi plantami ku sądowi, teatrowi i Muzeum Ceramiki… nie uśmiechajcie się, patrząc na cierpienie ludzkie! Jeżeli z jakiegoś niewyjaśnionego powodu turysta się zorientuje, że opisywane w folderze planty to te kilka drzew, pod którymi idzie, i się tym zainteresuje, będzie może żył ciut dłużej, ale on już kieruje swe kroki ku muzeum z jego stałą kolekcją i tam, niestety, jeśli uświadomi sobie jeszcze, że przed nim cały weekend pobytu w mieście, nastąpi zapaść.

Na całe szczęście mamy miejsce, gdzie go reanimujemy, to kino. Dobre stare, nowe kino Forum i jakiś film. Tu turysta, który już żegnał się ze światem i pomstował na podstępne foldery informacyjne, które go tu przywiodły, odżywa. Ale film trwa góra dwie godziny, po czterdziestu minutach zwiedzania i dwu godzinach na intensywnej terapii, czyli w kinie, wypuszczamy bezbronnego turystę wprost w paszczę śmierci.

Jakaś knajpka, dyskoteka, może koncert, ale czytając informację na jednym z bolesławieckich portali, który zawsze podaje, co w weekendy dzieje się w mieście, turysta mógłby mieć pecha i prognoza na dni wolne brzmiałaby tak: „Aż 1 różnych atrakcji czeka na Bolesławian i odwiedzających nasze miasto w nadchodzący weekend (05-07.09.2008 r.).”. I co wtedy? Może ktoś pożyczyłby mu rower? Pojechałby na jakąś wycieczkę. Może nawet dojechałby do Kliczkowa albo na Chojnik, bo jesteśmy wspaniałą bazą wypadową. Tylko na razie lepiej stąd wypaść niż tu wpaść. Dlaczego?

Dlatego, że ci, co piszą w folderach o atrakcjach, sami nie spędzają w naszym mieście atrakcyjnie czasu i atrakcji nie tworzą.

Co jest w takim razie nie tak z naszym miastem? Brak zabytków? Mamy je. Co prawda jeden internauta w swoim poście zaproponował przywiezienie nam Sukiennic i Kościoła Mariackiego, by zażegnać problem z brakiem turystów, ale mamy swoje własne zabytki, zostawmy Kraków w spokoju. Jest jednak coś, co z Krakowa mógłby nam przywieźć. Atmosferę, czar, zaczarowaną dorożkę Gałczyńskiego i Bracką, na której zawsze pada deszcz Turnaua.

Do Werony turysta przyjeżdża zobaczyć balkon. Co najśmieszniejsze, balkon, który został wymyślony przez poetę. Romeo i Julia przecież w rzeczywistości nie istnieli. A mimo to przyjeżdżają, zachwycają się i płaczą nad wielką, acz nieszczęśliwą miłością.

Do St. Tropez turyści przyjeżdżają, by zobaczyć fasadę budynku, przed którym kręcono słynną komedię francuską z Louisem de Funèsem „Żandarm z St. Tropez”, lub pobyć w mieście, gdzie „Bóg stworzył kobietę” i była nią Brigitte Bardot.

Powiecie, żebym was nie rozśmieszała, St. Tropez i Werona, porównywane do Bolesławca, to żart. A ja wam zdradzę, że w latach pięćdziesiątych XX wieku Brigitte mieszkała w zapadłej dziurze na końcu świata, no, może jedynie miała piękny widok na morze, a Werona była takim – wypisz, wymaluj – Bolesławcem, tylko z balkonem z dramatu Szekspira. To były nawet czasy, gdy zamki nad Loarą popadały w ruinę i pies z kulawą nogą do nich nie zaglądał. Dziś mało kto w to wierzy.

A nasze miasto ma potencjał, ludzi z pomysłami, zabytki i coś więcej od zmyślonego balkonu. I nawet filmy można tu kręcić. Należy tylko wyeliminować foldery produkowane przez Dział Promocji i zacząć tworzyć.

Grażyna Hanaf