Nie płaczcie nade mną

Nie płaczcie nade mną
fot. Krzysztof Gwizdała Historia bolesławianki chorej na raka piersi
istotne.pl kobieta, rak, nowotwór, pierś

Historii o walce z rakiem jest wiele, ale ciągle choruje ktoś obcy, ktoś daleko. Może opowieść naszej sąsiadki, bolesławianki weźmiemy sobie do serca i postanowimy się przebadać.

Nic w jej historii o raku nie było takie, jakie spodziewałam się, że będzie. Przede wszystkim nie było dramatu, ani tragedii. Ale to nie znaczy, że nie była to bohaterska opowieść o chorobie i jej przebiegu.

Grażyna miała raka piersi i była operowana niecały rok temu. Mieszka w Bolesławcu. Powiedziała mi, że jej wszystkie koleżanki z pracy przebadały się dopiero wtedy, gdy ona powiedziała im o swojej chorobie. Wcześniej o tym nie myślały. Jedna z nich jest już po operacji odjęcia piersi.

Do Stomadentu na badanie mammograficzne Grażyna poszła, bo uznała, ze jest w tym wieku, że należałoby się gruntownie przebadać. Wynik był jednoznaczny. Był guz. Skierowano ją na oddział onkologii we Wrocławiu. Podano numer telefonu, by dowiedziała się szczegółów. Przeczytała jeszcze raz pismo z diagnozą i powiedziała sobie: „Jest rak. I co mam z nim zrobić? Trzeba zadzwonić i się dowiedzieć.”. Nie rozpaczała. Nie załamała się. Działała. Mąż, któremu o wyniku powiedziała, odparł: „Żartujesz?”. Była poważna.

Grażyna pracowała w Baderze, wzięła urlop. Koleżanka, dziś już po mastektomii, rzuciła się jej na szyję. Odepchnęła ją, tak, że tamta uderzyła się o maszynę. Choć później przepraszała, nie chciała współczucia. Nie zamierzała umierać. Dzisiaj to ona wspiera tę koleżankę. Kiedy słucha pełnych skarg opowieści, jak ciężka jest chemia i zarzekania się, że następnej wziąć już nie jest w stanie, odpowiada prosto: „W takim razie nie walcz, połóż się do łóżka i umrzyj. Po co będziesz marnować czas lekarzom?”.

Można oczywiście napisać historię Grażyny w tragicznych barwach. Gdyby nie rutynowe badanie mammograficzne rok wcześniej, pewnie nie spotkałybyśmy się w sobotę, pierwszego ciepłego dnia tej wiosny. Guza nie było widać. Grażyna badała się regularnie, badała też swoje piersi. Nawet po przyjściu do swojego ginekologa ze zdjęciem mammograficznym, lekarka nie mogła nic wyczuć w badaniu dłońmi. Guz był tak głęboko, że mógłby spokojnie, bezobjawowo rosnąć w piersi, aż do rozmiarów zauważalnych naocznie. W takich przypadkach słyszy się często: „Zawsze czułam się zdrowa, nic mi nie dolegało. A teraz został mi miesiąc życia.”.

Tragizm do Grażyny nie pasuje. O niej można napisać: miałam raka, ale już tego nie pamiętam. Ale kto by przeczytał taką historię? Kiedy rozmawiałam z Moniką Podwysocką, Amazonką pozującą do wystawy „Niejedna z jedną”, dowiedziałam się o jej rozmowie z inną dziennikarką. Dziennikarka ta nie miała pewności, czy jej szef puści wywiad, bo energiczne, szczęśliwe dziewczyny bez piersi były zbyt mało dramatyczne. Monika chciała jej zaproponować, by na co drugim zdjęciu umieściła czarną, żałobną wstążeczkę…

Dramat bardzo dobrze sprzedaje się w mediach. Można przez chwilę przykuć uwagę widza, wzbudzić w nim strach przed chorobą. Czy pomaga to komukolwiek? Nie. Każe jedynie myśleć stereotypowo pesymistycznie o chorobie, w której optymizm i siła ducha są najważniejsze.

Grażyna widziała wiele chorych kobiet w trakcie swojego leczenia. Płakały, załamywały się, ich dolegliwości po chemii były bardzo nieprzyjemne. Puchły im nogi, kilka dni po kroplówce nie mogły podnieść się z łóżka, nie mogły postawić kroku. Grażyna jest wdzięczna, że ją to ominęło: „Każdy jest inny, ja przeszłam chemię prawie bez objawów ubocznych”. Jedyne, co ją denerwowało, to pesymizm pacjentek i wzajemne straszenie się. „Spotkałam kobietę, która jeszcze nie miała podłączonej kroplówki, a już narzekała, jak się będzie później źle czuć, już martwiła się o przyszłość” mówi Grażyna.

Sama nie czuje się bohaterką, choć przecież wygrała z rakiem. Od początku do końca panowała nad chorobą, nie pozwoliła pokonać się przez strach, pomimo, że go odczuwała. Dziś wszyscy przypominają jej, że niecały rok temu miała poważną operację. Ona zapomina.

Spotkała się ze mną, bo chciała powiedzieć, że można nawet na tak ciężką chorobę spojrzeć zupełnie inaczej. Odważniej. Uważa, że każdy z nas jest inny i nie trzeba podchodzić do choroby nowotworowej jak do największego nieszczęścia. Należy się badać, by nas nie zaskoczyła, a kiedy się przytrafi, coś z nią zrobić.

Grażyna Hanaf