Klient nasz pan

Klient nasz pan
fot. Krzysztof Gwizdała O potrzebie traktowania z szacunkiem obywateli przez urzędników
istotne.pl grażyna hanaf, urzędnik

Mam przed oczami scenę, chyba z Chin, którą pokazali w telewizji. Przed restaurację wyszedł cały personel, by przeprosić obrażonego gościa. Pamiętam ten oddział kłaniających się postaci w uniformach. Nie wiem, czym tego gościa tak obrazili. Znalazł włos w zupie? Kelner krzywo na niego spojrzał? Nieważne. Chodziło o to, że poczuł się obrażony, a restauracja chciała zachować swe dobre imię, bo klient to ich pan.

Kiedy płacimy, wymagamy. Gdy zarabiamy, szanujemy naszych klientów. Nawet jak nie chcemy, wymoże to na nas wolny rynek i konkurencja. Jednak nie wszyscy dobrze nas traktują, jako swych klientów. Niektórzy nie chcą nawet przyjąć do wiadomości, że mają klientów, którzy zostawiają im duże pieniądze i których powinni traktować, jak już nie uniżenie, to chociaż poważnie. O kim mowa? O wybranych w wolnych wyborach, z pensjami z podatków obywateli. Opłacani sowicie, chcą zapomnieć, że służba Ojczyźnie to taka praca w chińskiej restauracji z zasadami.

Gdyby choć raz jakiś wysoki miejski urzędnik został potraktowany w taki sposób, jak on traktuje od czasu do czasu wybranych obywateli, może przejrzałby na oczy i uświadomił sobie, że bliskie powinno być mu hasło: klient nasz pan.

Gdyby, dajmy na to, wybrał się z małżonką do jakiejkolwiek restauracji w mieście, chcąc uczcić w ten romantyczny sposób rocznicę ślubu i natknął się na kelnera, który nie chce się do niego odezwać…

– Poproszę kartę – mówi notabl grzecznie. A kelner jakby wody w usta nabrał. – Macie kartę dań? – pyta niezrażony i nadal sympatyczny urzędnik wysokiej rangi.
– Przykro mi, ale wolno mi tylko odpowiedzieć na pytania, które sformułuje pan na piśmie – odpowiada spokojnie kelner.
– Ale to jakaś bzdura! – zaczyna się irytować urzędnik. – Pytam tylko, czy macie kartę dań, to chyba nie jest tajemnica w tym lokalu!?
– Nie jest to tajemnicą. Ale wolałbym, by pan sformułował to pytanie na piśmie, wtedy do mojej odpowiedzi nie wkradnie się najmniejsze przekłamanie.
– Ale przecież to głupota, wariactwo jakieś! Powiedz tylko, gdzie są nasze płaszcze. Wychodzimy! – krzyczy urzędnik.
– Na piśmie proszę – powtarza usłużnie kelner i znika.

Wściekły urzędnik samorządowy zabiera żonę i wsiadają do samochodu. Gaz naciska zbyt mocno, stan dróg fatalny, wpada więc w poślizg i obija błotnik swego auta. Tym bardziej zły jedzie prosto do mechanika. Tam miła odmiana, w zakładzie pracuje jego serdeczny przyjaciel. Obiecuje wyklepać i pomalować samochód na dziś.

– Będzie elegancko, lepiej niż było. Nie poznasz auta, podrasujemy, wypicujemy, będzie dwa lata młodszy. I nie są to gruszki na wierzbie – zapewnia przyjaciel.

Pocieszony i zadowolony udaje się nasz bohater do centrum miasta, by zakupić coś na romantyczną kolację, ale tym razem w domu, by nikt nie zepsuł mu już humoru. Wchodzi do najbliższego sklepiku, a tu właściciel na jego widok mija go bez słowa, otwiera drzwi i wybiega. Tylko plecy mu widać.

– Hej – krzyczy za nim urzędnik. – Poczekaj, chcę coś u ciebie kupić, dlaczego uciekasz?

Ale kupiec już w samochodzie, odjeżdża. Urzędnik, człowiek uczciwy, z opuszczonego tak nagle sklepu nic nie bierze i nieco zniesmaczony udaje się do następnego marketu. Wchodzi z lekka niepewny, co go spotka, ale nic się nie dzieje. Sprzedawca nie reaguje dziwacznie, nawet się uśmiecha. Notabl robi więc zakupy i udaje się do kasy. Ekspedient prosi go o kartę kredytową, bo tylko tak można płacić w tym miejscu. Urzędnik podaje swoją kartę, ekspedient wkłada ją do czytnika. Po chwili, oddając ją swemu klientowi, z uśmiechem mówi:

– Przepraszam, ale ściągnąłem panu z konta zamiast 500 to 5 000 złotych.
– Jak to?! Proszę natychmiast anulować tę transakcję! – krzyczy, wyprowadzony z równowagi wybraniec narodu.
– Bardzo mi przykro, ale zapisy w czytniku się zmieniły i nic nie mogę dla Pana zrobić.
– Ty złodzieju, oszuście ty! – nerwy urzędnikowi puściły. – Oddaj mi natychmiast moje pieniądze!

Na taki krzyk ekspedient zabiera swemu klientowi zakupy i zawiadamia, że ich też nie otrzyma, bo zachowuje się bezczelnie.

– Ja cię do sądu podam – odgraża się urzędnik.
– A proszę bardzo, do sądu jak najbardziej. Produkty zakupione przez pana pewnie stracą ważność, jak rozprawa się skończy. A kto wygra? Któż to wie i czy ja dalej będę wtedy pracował w tym sklepie, też nie wiadomo. Sytuacja na rynku niepewna – dodaje sprzedawca z westchnięciem, a myśli: „Spadaj naiwniaku, teraz ja tu rządzę!”.

Wysoko przez obywateli postawiony urzędnik wypada wściekły ze sklepu i idzie prosto do mechanika-przyjaciela, u którego zostawił swój samochód. Ale tam czekała go następna ponura niespodzianka. Na miejscu zagranicznego samochodu stoi mały fiacik na jego rejestracjach. Mechanik podbiega do zszokowanego przyjaciela i zaczyna tłumaczyć sytuację.

– Widzisz, tak wyszło, klepaliśmy, klepaliśmy i… wyklepał się fiacik.
– Czyś ty zwariował? To jakiś koszmar! Chcę się obudzić! Ty, ty, ty…
– Stary – przerywa mu kajający się przyjaciel. – Ja cię rozumiem i wcale nie mam ci za złe, że się na mnie złościsz. Wiesz, to tak wyszło, jak z tym Chuck’iem i Garry’m. Ale ja cię bardzo przepraszam. Czy to nie wystarczy?

Pokonany urzędnik wsiada do fiacika i odjeżdża, mijając wielki banner. Na nim mężczyzna z jabłkiem na dłoni uśmiecha się, jakby mówiąc: „Klient nasz pan”.

Klientom samo przepraszam jednak już nie wystarcza.

Grażyna Hanaf