Nagrodzono laureatów konkursu literackiego „List”

Nagrodzono laureatów konkursu literackiego „List”
fot. www.sxc.hu We wtorek, 27 listopada Piwnica Paryska zgromadziła prawie wszystkich laureatów z powiatu bolesławieckiego. Autorom najlepszych prac wręczono nagrody rzeczowe i dyplomy. Portal Boleslawiec.org prezentuje najwyżej ocenione listy.
istotne.pl konkurs, literatura, gokis, list

Uroczystość wręczenia nagród w ogłoszonym przez Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Bolesławcu z/s w Kruszynie konkursie literackim „List” odbyła się 27 listopada w Piwnicy Paryskiej. W restauracji pojawili się niemal wszyscy laureaci z powiatu bolesławieckiego. Niespodzianką dla zgromadzonych był list od Stanisławy Wojciechowskiej-Soi z Malborka, laureatki 2 miejsca w kategorii dorosłych. Pani Stanisława napisała, że we wtorek o 17:00 myślami będzie właśnie w Bolesławcu.

Pomysłodawczyni i organizatorka konkursu Beata WideraPomysłodawczyni i organizatorka konkursu Beata Widerafot. Gerard Augustyn
fot. Gerard Augustyn

Nagrody (sprzęt komputerowy) autorom najlepszych listów wręczali dyrektor GOKiS-u Janusz Cieśla i Bogusław Uziej, Przewodniczący Komisji Kultury, Oświaty, Sportu, Zdrowia i Spraw Socjalnych przy Radzie Gminy. Uroczystość uświetniły występy uczennic bolesławieckiej Państwowej Szkoły Muzycznej: świetnie zapowiadającej się wokalistki Kamili Osuch oraz skrzypaczki Klementyny Marszałek.

Jeszcze o konkursie

Konkurs Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu w Bolesławcu z/s w Kruszynie to konkurs wyjątkowy w skali kraju. Mało kto jednak wie, że zainspirowała go... wypchana po brzegi reklamami skrzynka pocztowa Beaty Widery z GOKiS-u. „Pomyślałam wtedy, że chciałabym dostać normalny list” opowiada pomysłodawczyni i organizatorka konkursu.

fot. Gerard Augustyn
Od lewej: Barbara Pankowska, Paulina Szewczenko, Beata Cieśla, Justyna Orłowska i Adrianna PiaseckaOd lewej: Barbara Pankowska, Paulina Szewczenko, Beata Cieśla, Justyna Orłowska i Adrianna Piaseckafot. Gerard Augustyn

Liczba nadesłanych w tegorocznej edycji konkursu listów całkowicie zaskoczyła organizatorów. Przyszło ponad 300 prac z różnych zakątków Polski – zarówno z wielkich miast, jak i z malutkich miejscowości. Były listy z Krakowa, Białego Dunajca, Chotowej, Warszawy, Wrocławia, Gdańska, Gdyni czy Malborka. Jedna z konkursowych prac dotarła aż z Ukrainy.

Listy były bardzo różne. Niektóre piękne, wzruszające, porażająco smutne. Inne – przeciwnie: wesołe, opowiadające o urokach życia na wsi, o pierwszych zauroczeniach i fascynacjach, o wspomnieniach dawnych lat. „Moim zdaniem, najciekawsze listy to te, które były spontaniczne, które wyrażały emocje” mówi Andrzej Leśniewski, juror w obu edycjach konkursu. „Szukałem w tych listach przede wszystkim ekspresji, czegoś naturalnego. Nie chciałem, by było to zbyt wyszukane, chociaż podobało mi się kilka prac stylizowanych na listy poetyckie” dodaje Leśniewski.

Według niego, poziom tegorocznych prac był nieco wyższy niż w ubiegłym roku. Także z powodu zaskakująco wysokiej liczby nadesłanych tekstów. Zadziwiające było również to, że tak wiele listów – napisanych przez bardzo młode osoby! – poruszało tematykę funeralną. „To jest troszeczkę niepokojące, ale może to być wyraz tęsknoty młodego człowieka za zmarłymi” zaznacza juror.

„Byłam bardzo zdziwiona, że wśród autorów listów było tylu dorosłych” mówi Beata Widera. – „A wręcz zdumiał mnie fakt, że swoje prace nadesłało tak wiele osób w przedziale wiekowym 16–25 lat”. Wygląda na to, że w dobie Internetu młodzi również tęsknią za taką formą wyrażania swoich emocji.

Czy warto w XXI w. organizować tego typu konkurs? Krystyna Karwat z Lublina, zdobywczyni 1 miejsca w kategorii dorosłych, napisała: „Dzięki za ten wspaniały konkurs w dobie zanikającej sztuki pisania listów. Mnie zainspirował – odtąd moja łączność z ukochaną Matką nabierze konkretnych kształtów”. Wątpliwości nie ma również Beata Widera. „Ideą konkursu jest ocalić od zapomnienia. Jeśli o czymś głośno się mówi, jest szansa, że nie zaginie” zaznacza organizatorka.

Poniżej prezentujemy listy, które w swoich kategoriach zostały ocenione najwyżej.

List Krystyny Karwat:

Najdroższa Mamo!

„Matko moja, Twoje oczy idą za mną. Widzę je w lazurze nieba, gdy gonię wzrokiem umykające obłoki. W chmurne dnie i ciemne noce jaśniej od Twojego dalekiego spojrzenia. Jak tarcza był Twój uśmiech na progu rodzinnego domu. Burze i niepogody uśmierzałaś łagodnością. W dobrych objęciach ginęły wielkie smutki i małe smuteczki, a dotyk Twoich spracowanych rąk niósł spokojność i nadzieję.

Matko moja, z losem wędrującym po bezdrożach, dałaś mi siłę i mądrość. Obdarowałaś sercem bijącym, które nie zdążyło wyśpiewać dziękczynnej pieśni.

Tak wcześnie skryłaś się w cień, otuliłaś chłodem ziemi.

Matko moja, nieustannie szukam Twoich śladów.

Zawsze i wszędzie idziesz ze mną przez życie. Miłość mi dałaś, a ja dzielę się nią ze światem”.

Takimi słowami, Mamo kochana, mówiłam do Ciebie 19 grudnia 2004 r. w dniu moich siedemdziesiątych urodzin. Rodzina i przyjaciele zgotowali mi wspaniały benefis w Cukierni Chmielewski w Lublinie, połączony z wystawą moich kopii (na szkle) dzieł różnych mistrzów i prezentacją prozy poetyckiej, wybranej spośród moich utworów. Atmosfera niezwykła, dużo niespodzianek, których autorami byli zaprzyjaźnieni literaci i muzycy. Moje wnuki (poza Oliwierem, który z moją córką Ewunią i jej mężem Emilem wyemigrował do Londynu) wyśpiewały mi niezapomniany toast. Mnóstwo kwiatów i podarków! Obecność syna Roberta, jego rodziny łagodziła pustkę po tych, którzy odeszli z życia na zawsze. Czy wiesz, Mamo jedyna, kto mecenasował temu przedsięwzięciu? Twoja wnuczka, Barbara, córka Zosi, która zaopiekowała się mną po Twojej śmierci. Basia to cudowna kobieta, uważa mnie za swoją starszą siostrę, jest mi podporą w trudnych chwilach. Ziemski Anioł!

Mamo serdeczna, życie pędzi niewstrzymanym rytmem, mam już tyle lat! Kiedy odeszłaś do wiecznej krainy, miałam zaledwie osiemnaście lat. Byłam uczennicą dziesiątej klasy w Liceum w Tarnogórze, mieszkałam na stancji w Izbicy u bardzo miłej cioci Plaorowej. W każdą sobotę wędrowałam sześć kilometrów do rodzinnych Kryniczek. Po czteroletnim pobycie w Siedlcach u najstarszego z braci, Edwarda wróciłam do domu, bo bardzo za Tobą, moja Mamo, tęskniłam. Przez lata oddalenia stałaś się dla mnie najbliższą osobą. Nieczęsto widywałam Was oboje – Ciebie i Tatusia. Po zakończeniu roku szkolnego w dziewiątek klasie w przyjaznej żeńskiej szkole pożegnałam ukochaną dyrektorkę, Anielę Zawadzką i bez wiedzy brata wsiadłam do pociągu, by znaleźć się w domu. Powiedziałam do Ciebie, Mamo: „Chcę być bliżej, pozwól mi na to”. Twoja dobroć i łagodność zawsze mnie urzekały. Tak potrzebowałam Twego ciepła, Mamo droga. Zostałam więc...

Moje szczęście trwało krótko. 14 lutego 1953 r. Twoja niespodziewana, tragiczna śmierć osierociła mnie. Przez całe życie odczuwam boleśnie ten fakt. Nigdy nie przestałam tęsknić. Często wołam Cię, Mamo, rozmawiam z Tobą, nazywam najpiękniejszymi słowami. Zdarza się, że płaczę na wspomnienie wspólnych chwil, sytuacji życiowych, zwłaszcza dotyczących dzieciństwa w okresie wojny. Miałam osiem lat, gdy z Tobą, Tatusiem i Braćmi stałam w „rzędzie śmierci” w czasie pacyfikacji w Kryniczkach w maju 1942 r. Kiedy pędzono nas z innymi przez całą wieś, potykałam się ze strachu. Upadłam nawet – wówczas wzięłaś mnie, Mamo, na ręce i niosłaś jakiś czas. Po latach napisałam opowiadanie, w którym patrzę na tamtą tragedię oczami dziecka, mając jednak świadomość przefiltrowaną czasem. Kilkanaście osób rozstrzelano wówczas za współpracę z partyzantami. Mąż siostry Heleny pognany na Majdanek.

Mamo, chcę byś wiedziała, że jeszcze w kilku opowiadaniach ukazuję wojenne zdarzenia dotyczące losu naszej rodziny i losu narodu.

Pisaniem zajęłam się po odejściu na emeryturę. Jeszcze niczego nie opublikowałam. Czy zdążę? Nie jest to dla mnie najważniejsze. Moje pasje pozwalają żyć bardziej sensownie, twórczo, radośnie.

Mamo ukochana, wiedzieć musisz, że pierwsze lata nauki w powojennej szkole pod okiem wspaniałych nauczycieli – Marii i Jana Fideckich ukształtowały mnie na zawsze. Nigdy też nie zapomnę, że w zimowe wieczory na zmianę z bratem Romkiem czytałam Wam – Tobie, Mamo i Tatusiowi „Trylogię” Sienkiewicza. Klasyczna poezja z całym bogactwem i urodą pozwala mi patrzeć na świat i człowieka w sposób niezwykły. Eksperymenty ze współczesnym językiem ulicy nie pociągają mnie.

Mamo, Mateczko droga!

Tyle lat upłynęło od Twej śmierci...

Czy wiesz, że od czasu do czasu dręczy mnie pewna myśl. Co stałoby się, gdybym w pamiętną sobotę lutego posłuchała wewnętrznego głosu i wyprawiła się do domu? Zaledwie sześć kilometrów. Zwierzyłam się cioci, że jakaś nieprzezwyciężona siła pcha mnie do rodziców. Ciocia posłuchała, ale stanowczo odradzała.

– Śnieg po kolana, mróz, a ty masz marne buty – mówiła. Zostałam. Wcześniej zamierzałam udać się na szkolną zabawę. Prosiły przyjaciółki, prosił Gienek zwany przeze mnie Marynarzem. Odmówiłam. Nieuzasadniony płacz i smutek targał moja duszę cały dzień. Nocą męczyły mnie koszmary. Budziłam się i zasypiałam. Kiedy wreszcie zapadłam w głęboką drzemkę, miałam dziwny sen. Oto duży, pusty pokój o białych ścianach, z jednym meblem pośrodku – stołem koloru białego. Nagle nie wiedzieć skąd, pojawiają się koty, dużo białych kotów, ruchliwych i agresywnych. Atakują, czepiają się mojego ciała. Uciekam przed nimi po całym pokoju. Osaczają mnie. Wskakuję na stół, one za mną. Dopadają, ostrymi pazurami wpijają się w każdą część ciała, wiszą u rąk. Przerażona próbuję uwolnić się, niestety, jestem w potrzasku. Wołam:

– Mamo! – i z tym przeraźliwym krzykiem budzę się. Z drugiego pokoju przybiega ciocia. Opowiadam sen. Pytam:

– Która godzina?

– Pierwsza trzydzieści. Jeszcze noc, śpij – słyszę.

Pierwsza trzydzieści... O tej godzinie umierałaś, Mamo... Dlaczego nie byłam przy Tobie?...

Kilka dni później zamiast do szkoły powędrowałam na cmentarz do Orłowa. Przywitała mnie mroczna cichość i pustka.

– Mamusiu! Mamo! – wołałam z płaczem, lecz łzy nie obudziły Cię z wiecznego snu.

– Śpij, Mamo złota – szeptałam na pożegnanie.

Wybacz, Mamo, rozpisałam się. Wkrótce znów będę pisać kolejny list. Aż po kres życia. Zdam Ci w listach relację z własnego życia, z życia bliskich. Powierzę Ci, Mamo, swoje myśli, refleksje. Opowiem o fascynacji życiem, pracą, o pasjach, radościach i cierpieniach. Jestem przy Tobie.

Kochająca Cię wiecznie – córka Krystyna


List Natalii Balasy:

Droga Weroniko!

Wiele rzeczy na tym świecie mnie dziwi i – niestety – smuci. Nie wiem, komu opowiedzieć o pewnym zdarzeniu, więc piszę do Ciebie. Wiem, że wrócisz do domu już za dwa tygodnie, lecz dla mnie to za długo. Czy Tobie też tak brakuje naszych wieczornych dysput? Zanim się zobaczymy, ten list niech będzie namiastką prawdziwego spotkania. Z arkuszem papieru powędruje do Ciebie cząstka mojej duszy, okruch moich przemyśleń...

Mam nadzieję, że szybko wrócisz z sanatorium i że gruźlica na zawsze o Tobie zapomni. Bardzo za Tobą tęsknię. Tak trywialnie brzmiało mi określenie „papużki-nierozłączki”, którym nas określano, a teraz brakuje mi nawet tych żartobliwych słów. Wkrótce znów pójdziemy na wspólny, długi spacer...

Wiesz, że zawsze w czwartki chodzę na kurs tańca. Ostatnie spotkanie trochę się przeciągnęło, bo zagadałam się z Karoliną (tylko nie bądź zazdrosna) o dyskotece z okazji Dnia Chłopaka. Jakoś tak czas uciekł... Nasze drogi do domu nie wiodą w tę samą stronę, wiesz o tym dobrze. Musiałam wracać sama. Tego najbardziej nie lubię w jesieni, że o ósmej jest już ciemna noc. Mimo wszystko życie w naszym miasteczku jeszcze o tej porze tętni, a drogi są dobrze oświetlone. Nie będę tego ukrywać – nieźle się bałam. Zawsze dawniej wracałam z Tobą. Tak więc wracałam bardzo szybko, bo chciałam już być szybko w domu. Nie dane mi jednak było szybko wrócić...

Z daleka, o nieszczęście, ujrzałam trzech „dresiarzy” na mojej drodze! Za nic na świecie nie przeszłabym tamtędy, gdyby nie przypadkowy przechodzień. A to było tak...

Spróbuj sobie, Weroniko, wyobrazić... byłam jeszcze na tyle daleko od tych zbirów, że nie zdążyli mnie zauważyć... Stanęłam w ciemnym miejscu i nie miałam pojęcia co zrobić dalej. Ręce mi trochę dygotały ale to pewnie z zimna. Serce dziwnie zaczęło walić, lecz nie sądzę, żeby ze strachu. Szybko szłam i to pewnie stąd...

Dzwonić po mamę nie mogłam. Wtedy ona sama by musiała koło nich przejść... Na policję też nie, bo co to za powód? Że grupa nastolatków w dresach sobie stoi i pije piwo między blokami? Nagle zza rogu wyszedł starszy mężczyzna. Jego ruchy były nieporadne... W świetle lampy zauważyłam, że chybotliwy krok to skutek przesuwania się za pomocą kul... Widziałam, jak powoli się poruszał, delikatnie stawiał kroki. Zauważyłam, że nie miał nogi powyżej kolana. Wyobrażasz sobie, Weroniko, co czułam? Chciałam zawołać: „Nie idź w tamtą stronę!” Ale co ja mogłam? Podziwiamy herosów, którym się wszystko udaje, a ja czułam się taka bezradna... Serce mi podpowiadało, że pijani niewiele zastanowią się nad swoim działaniem. Pomyśl, jak żal mi było tego staruszka... Byłam wściekła na swoją bezsilność... Chciałam móc się Ciebie poradzić. Ty zawsze byłaś taka rozsądna...

Nie uwierzysz, co ten biedny inwalida niósł w ręce! Worek ze śmieciami! Zamiast spokojnie odpoczywać, on musi wynosić sobie śmieci! A teraz staje oko w oko z takim zagrożeniem... Nagle zauważył chłopaków, popijających piwo koło kontenera. Oni zauważyli jego... Dreszcz mi przeszedł po plecach. Chciałabyś kiedyś odczuć, że serce wyrywa Ci się w rozpaczy, a nogi odmawiają posłuszeństwa?

Starszy pan zbliżył się do nich i próbował podnieść klapę, żeby wyrzucić śmieci. Wysiłek był ponad jego siły. Nie dał rady, spróbował znowu... Nagle... jeden z tych „dresiarzy” podszedł do niego i powiedział: „Czekaj, pomożemy”. Podniósł z łatwością klapę od kontenera i wyrzucił śmieci, oddając następnie staruszkowi pusty worek. Po prostu mnie zamurowało. Całkiem nie tego się spodziewałam... Zresztą pewnie Ty też... Na pewno pomyślałaś, że chłopcy zachowają się podle... Pan o kulach nieśmiało podziękował i poszedł do swojego mieszkania. Zaraz po nim wyszłam ja. Nawet na mnie nie spojrzeli...

W domu o niczym nie powiedziałam. Ty też na moim miejscu pewnie nie pisnęłabyś słówkiem. Nikomu w sanatorium o tym nie mów, dobrze? Nie znają mnie, ale i tak byłoby mi nieswojo. Nie czuję się dumna z siebie. Zresztą nie wiem dlaczego. Może po prostu brakowało mi wiary w człowieka? Może uległam zbyt łatwo stereotypom?

Jakoś nigdy nie myślałam o osobach starszych, schorowanych, które mieszkają blisko mnie. W ogóle nie myślałam o inwalidach. Jak im jest ciężko. To zawsze był temat reportaży, programów, ale taki... odległy... I wtedy dopiero sobie uświadomiłam, co oni przeżywają. Jako obserwator zdarzenia przy śmietniku. A może nigdy nie chciało mi się myśleć o tych, którzy cierpią? Może to po prostu było niewygodne? Ty może widzisz to inaczej, bo z bliska poznałaś chorobę... A ja...? Udawałam, że świat składa się tylko ze zdrowych, silnych i bogatych. A ten starszy człowiek pokazał mi smutek codziennego życia inwalidy. Dla chorego, niepełnosprawnego, każdy dzień to nowe problemy, ból... Ktoś taki ma kłopot z podstawowymi czynnościami, jak zakupy, sprzątanie, przenoszenie czegokolwiek. A ludzie chorzy, którzy mieszkają sami? Mogą się przewrócić, uderzyć i kto im pomoże? Ja albo Ty? Nie możemy udawać, że ich nie ma, odwracać wzroku, gdy idą ulicą, czy proszą o pomoc. Nie żyjmy tylko dla siebie.

Ty jesteś taka dobra. Przygarnęłaś dwa bezpańskie koty, a karmisz chyba ze cztery, no nie wolno Ci już było ich przynosić do domu. Ja jakoś nigdy nie miałam na to ochoty. Mam swojego Fiołka, którego kupiłam w sklepie, a i tak mama mu daje jeść, bo ja nie mam czasu. Ale to się zmieni. To jest w końcu mój kot.

A ten starszy pan z bloku obok ma na imię Edward. Pytałam się mamy. Mieszka sam. Byłam u niego wczoraj z Karoliną i Michałem. Przynieśliśmy ciasto i porozmawialiśmy z nim. Pojutrze też idziemy. Ale tym razem zrobić sprzątanie i wymyć szyby. Szkoda, że nie widziałaś iskierek szczęścia w Jego oczach, gdy z nami siedział. Chyba wierzy, że ma w nas pomoc. Że traktujemy go jak pełnowartościowego człowieka...

A w szkole umówiliśmy się, że zorganizujemy kółko pomocy osobom samotnym. Takie nieformalne, bo oficjalne programy nie zawsze dostrzegają pojedynczego człowieka. Na pewno jest więcej takich Panów Edwardów.

Natalia

PS. Bardzo cieplutko Cię pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia. Moja mama przesyła Co mnóstwo całusów (ja też). Odpisz jak najszybciej. Ale napisz długi list. Jestem ciekawa, co u Ciebie. Tylko nie smsa. List... Już wkrótce pójdziesz ze mną do Pana Edwarda...


List Kingi Kraczkowskiej:

Kochana Mamo!

Już wiem, że odejdę, tylko nie wiem, kiedy! Jestem biała jak śnieg i łysa jak kolano. Tak bardzo chciałabym żyć, pojechać do babci, ukończyć studia, wyjść za mąż, mieć dużą rodzinę, ale los chciał inaczej.

Mamo! Kiedy przyjedziesz, a mnie już nie będzie, nie płacz, bądź silna, wiedz, że byłaś dla mnie podporą i ukojeniem w mym bólu. Pamiętasz, Mamo, jak jechałyśmy na wycieczkę rowerową i Ty wpadłaś do rzeki, bo zepsuł Ci się hamulec? Byłaś mokra, jak topielec, obwieszona jakimiś roślinkami. Śmiałyśmy się obie do łez. Wspominaj tylko te piękne chwile, które razem spędziłyśmy. Mamo, a pamiętasz, jak wybrałaś się z tatą na bal sylwestrowy? Kupiłaś sukienkę, w której wyglądałaś jak anioł. Tato się Tobą zachwycał, a ja patrzyłam, marząc o moich wielkim balu sylwestrowym, którego nigdy nie będzie.

Kochana Mamo! Czasami mam chwile tak trudne, że nie umiem sobie z sobą poradzić. Wtedy pochylam głowę i modlę się gorąco za Ciebie, Mamo i za tatę, by Wasze cierpienie po moim odejściu było jak najmniejsze.

Dziś jest piękny dzień, tak ładnie świeci słońce i drzewa są takie zielone, że aż czuję się lepiej. Gładzę ręką swoją łysą głowę i myślę, że wcale tak źle nie wyglądam.

Moja ukochana Mamo, dziękuję Ci za każdy dzień spędzony ze mną, za to, ze zawsze byłaś przy mnie, kiedy Cię potrzebowałam. Tak lubiłam, gdy brałaś mnie na kolana, czułam się wtedy bezpiecznie.

Patrzę przez okno szpitalne i widzę w oddali kwitnące jabłonie aż ciężkie od kwiatów, jedna kwitnie przy samym oknie, obserwuję roje pszczół pracujących na przyszłe owoce, których ja już nie skosztuję. Mamo, pamiętaj o moich kwiatach, dbaj o nie, będą Ci przypominać mnie, a kiedy zakwitną, pomyśl, że jestem w każdym kwiatuszku i uśmiechnij się. Jestem zmęczona pisaniem tego listu, ale chciałabym Ci tak wiele powiedzieć.

Mamo, kocham Cię tak bardzo, jak umierający życie, jak konający z pragnienia wodę, nie umiem określić słowami, jak bardzo Cię kocham. Mamo, to nie koniec, spotkamy się znów na pewno gdzieś tam w lepszym świecie, bez cierpień, bez bólu, bez ograniczeń.

A teraz, Mamo, zasnę i odpocznę trochę. Kiedy przyjedziesz, mogę być już daleko stąd, ale przecież każdy w tę podróż się wybierze, wcześniej lub później. Zachowaj mnie w swoim sercu. Żegnaj, Mamo!

Będę tam czekać na Ciebie. Zajmę Ci dobre miejsce w kolejce do nieba. Uśmiechnij się, Mamo. Tak trzeba.

Twoja Córka

Kasia


List Stanisławy Wojciechowskiej-Soi

Adamie!

Chcę się podzielić swoimi refleksjami, jakie nawiedziły mnie w przededniu Twojej mszy prymicyjnej. Postanowiłam przelać je na papier.

Tym razem to ja zostałam wywołana do tablicy, by odpowiedzieć na pytanie: Jakim uczniem był Adam Skrzyński?

Pamiętam Ciebie jako czarnowłosego chłopaczka w okularach siedzącego w ostatniej ławce. Umiałeś się radować każdą chwilą. Uśmiech często gościł na Twojej twarzy. Byłeś lubianym kolegą, bo biła z Ciebie pogoda ducha. Żywo reagowałeś na stawiane problemy. Szczególnie interesowała Ciebie poezja. To zadziwiało, bo chłopcy rzadko sięgali po tomiki wierszy. Zawsze celnie interpretowałeś metafory i szukałeś ładnych słów do wyrażenia swoich myśli, mając świadomość, że w życiu sprawdza się maksyma, którą często cytowaliśmy:

„Słowo piękne i prawdziwe może skruszyć mury, zjednoczyć serca i umysły ludzkie”.

„Przypadek, nie-Przypadek”? – dziś zadaję sobie pytanie, zapożyczone od tytułu wywiadu-rzeki z wybitnym aktorem Krzysztofem Kolbergerem. Tytuł dość prowokacyjny, gdyż niektórzy twierdzą, że nie ma przypadków. Znana jest teza księdza Bronisława Bozowskiego, kaznodziei z kościoła Panien Wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie: „Nie ma przypadków, są tylko znaki”. Ktoś dowcipny dorzuciłby: „Przypadki są tylko w gramatyce”.

Myślę, że to były znaki, iż Ty nosisz w sobie jakieś tajemnice. Powoli odsłaniałeś je za pomocą poezji. Wielkim objawieniem był Twój wiersz pod tytułem: „Park Wszystkich Świętych”, wysłany na Konkurs im. ks. Janusza Pasierba, za który Cię jury wyróżniło. Warto się nad nim pochylić:

Park Wszystkich Świętych


kiedyś odpocznę

w Parku Wszystkich Świętych

nareszcie wypiję weselne wino

z Kany Galilejskiej

najem się rozmnożonego chleba

usłyszę śpiew skowronka

przy uśmiechu gwiazdy betlejemskiej

razem z aniołkami będę skakać

po kałużach Jeruzalem

posłucham kazania świętego Franciszka

jak pszczółka będę upajał się

nektarem lilii przebaczenia

zasmakuję z gaju Getsemani

oliwek prawdziwej modlitwy

z Marią Magdaleną zatańczę

poloneza początku świata

kiedyś odpocznę

w Parku Wszystkich Świętych

kiedyś

Wiersz ten dawał znaki, że licealista Adam to dojrzały młodzieniec ze skłonnościami do filozoficznych rozmyślań i mocno ukorzony przed Bogiem. Juz dawno porzucił na strychu latawce i zapomniał o grze w „zielone”. Pracę maturalną z języka polskiego napisał celująco. W całości była odwołaniem do religii, do Boga.

Kiedy pisałam do niej recenzję, to spod pióra spływały słowa uznania, podziwu i zachwytu. Wtedy to był dla mnie znak, że Adam pójdzie za Chrystusem i wsiądzie do Piotrowej łodzi. I tak się stało.

Kapłanie Adamie!

Wielka to radość, kiedy człowiek może spełniać się w życiu i czynić dobro z powołania. To wyróżnienie spotkało Ciebie nieprzypadkowo. Ty do niego zmierzałeś całym sercem i otrzymałeś w nagrodę ten dar. Kapłaństwo to wielki dar; dar wyproszony, wymodlony. Nie zakopałeś swoich talentów, a co najważniejsze – pragniesz je pomnażać, służąc innym. To kapłan prowadzi człowieka do chrztu świętego aż po krzyż na mogile. Wskazuje mu drogę do Boga. Dlatego każdego z nich trzeba wspierać. Myślę, że modlitwa daje takie siły. Nadto – rodzi wspólnotę.

Księże Adamie!

Opuszczając dom rodzinny, wchodzisz do Domu Boga, do Kościoła. Do Ciebie będą przychodzić parafianie. Czasem z dobrą nowiną, a czasem pogięci przez marność tego świata.

Wtedy zaproś ich do swego domu, staropolskim obyczajem. Stwórz im do rozmowy miejsce niezwykłe. W którym najważniejszy będzie STÓŁ. O nim napisałam wiersz, który w tak uroczystym dniu dedykuję Tobie:

Dom to nie tylko pelargonie na parapecie.

Dom to nie tylko malowidła na ścianach.

Dom to przede wszystkim Stół.

Mebel magiczny.

Na stole paruje strawa.

Na stole brzęczą misy.

Nad stołem świeci lampa.

Nad stołem fruwa miłość.

Stół opowiada życie.

Sekretne.

Jeśli parafianie będą spotykać się z Tobą przy takim Stole, to mniej ich będzie klęczało przed konfesjonałem. Lepiej zasiewać ziarno niż wyrywać chwasty. Życzę Ci, abyś w swojej kapłańskiej posłudze był Dobrym Siewcą. Siewcą Słowa Bożego.

Twoja polonistka z LO


List Adeli Mędoń

Boston 11.10.1902 r.

Drogi Ktosiu!

Nie wiem kim jesteś i nie chcę wiedzieć. Wypuszczając ten list przez okno, chciałabym by ktoś go znalazł. Chociaż kiedy próbuję opisywać swoje emocje słowami, nie jest to przyjemne. To da się opisywać tylko w głowie. Przechodzę do rzeczy. Nie wiem co się ze mną dzieje.

Czasami kiedy dotykam jakiejś rzeczy, przypominam sobie całe jej życie. Wiem, że to głupio brzmi, ale tak jest. Opiszę Ci to. Ostatnio dotknęłam w salonie mojego ojca metalowego świecznika. Trzymałam go w ręku, gdy nagle zobaczyłam czarno-białe obrazy, przesuwające się dosyć szybko. Na początku widziałam ogorzałą twarz robotnika pakującego świecznik w pudełko, sprzedawczynię zalotnie trzepoczącą rzęsami do pana w okularach kupującego różne towary. Później zobaczyłam umierającego staruszka, przy którego łóżku stał świecznik, licytację gdzie mój dziadek George kupił go, moją matkę która wkładała do niego białe świeczki. Po ostatnim obrazie widziałam wyraźnie salon. To mnie przeraziło, że nie mogłam przez cały dzień wyjść z mojego pokoju. To nie było przyjemne. Przez cały czas oglądania wspomnień świecznika czułam chłód. Pomyślałam, że one mogą niektórych ludzi załamać. Ludzie mogą sobie przypomnieć swoje ulubione wspomnienia i pozostać w nich. Jedni chcieliby zostać w dzieciństwie, gdzie czuliby się beztrosko, byliby wolni, nie byliby wtedy uwiązani do własnego losu, zapomnieliby o tym że muszą wrócić. Inni przypominając sobie najgorsze wspomnienia, chcieliby uciec w drugą stronę na zawsze. Do śmierci. To by ich załamało... Nazajutrz miałam podkrążone oczy. Ludzie na ulicy przyglądali mi się kiedy szłam do szkoły.

Kończę swój list, prosząc Cię byś się zastanowił czy nie znasz jakiegoś sposobu by mnie uleczyć. Jeżeli wiesz i chciałbyś mi odpisać wsuń odpowiedź 15 listopada pod budkę na stacji, gdzie sprzedają bilety. Jest tam mała dziura.

Nie wiem, czy z poważaniem

Ktoś inny

P.S. Mam nadzieję, że jesteś moim przyjacielem


List Pauliny Szewczenko

Drogi Panie Boże!

Na początku mego listu chciałabym Cię gorąco pozdrowić i zapytać, jak tam u Ciebie. U mnie wszystko po staremu oprócz tego, że chodzę do nowej szkoły a jeszcze jakbyś zapomniał nazywam się Paulina Szewczenko.

Mam do Ciebie pytanie, a zarazem prośbę. Czy mógłbyś sprawdzić, co robi moja kochana babcia? Pewnie widziałeś ją kiedyś. Bardzo tęsknię za nią, nie widziałam jej już od sześciu lat. Tato mi kiedyś mówił, że wziąłeś ją do nieba i niedługo wróci – niestety do tej pory nie wróciła. Dawniej wieczorem czekałam na nią, ale teraz – jak jestem większa, wiem, że już nigdy nie przywędruje do domu, już prędzej ja do niej przyjdę. Jestem ciekawa, co moja babcia w niebie robi? A może Ci Panie Boże gotuje? Nam zawsze pichciła same smakołyki. Nie zapomnę, kiedy babcia czytała mi bajki na dobranoc. Naszą ulubioną bajką był „Czerwony Kapturek”. Zimą babcia dziergała mi ciepłe skarpetki na drutach. Bardzo kocham swoją babcię, wprawdzie mam drugą, ale jak tato mówi „tylko miotły jej brakuje”.

Będę już kończyć powoli, chociaż mogłabym wspominać moja babcię godzinami.

Paulina

PS Nie wiem czy Ci można, ale ucałuj moją babcię ode mnie.


List Adrianny Piaseckiej

Hertfordshire, 22 października 1795 r.

Najdroższy!

Już ponad miesiąc minął od Twojego wyjazdu z miasta, a ja nadal nie mam żadnej wiadomości od Ciebie. Czy coś się stało i dlatego nie piszesz? Niepewność i strach odbierają mi wszelką chęć, radość życia.

Mój świat nie ma sensu. Och, tylko Bóg jeden wie, jak straszliwie za Tobą tęsknię i jakże bardzo mi Ciebie brakuje. Każda minuta trwa nieskończenie długo niczym miesiące. Szczególnie smutne bywają wieczory. Wiesz dobrze, że zazwyczaj spędzamy je przy kominku. Jednak bez Ciebie dyskusje nie są już tak interesujące, tracą na sile.

Również gry karciane nie cieszą się takim zainteresowaniem, jak w czasie Twojej obecności. Siedząc przy kominku, myślę zawsze o nas, o tym, jak byliśmy szczęśliwi i nie docenialiśmy tych chwil radości i błogości. O Najdroższy, przepraszam Cię za wszystkie krzywdy i przykrości, których ode mnie doznałeś.

Oprócz olbrzymiej tęsknoty, która mną miota, ilekroć o Tobie pomyślę, w domu naszym – i życiu moim – dzieje się niewiele.

Rodzice moi podupadli ostatnio na zdrowiu, ale nie martw się, nadal czują się dość dobrze. Tylko mamę osłabia obecna pogoda i miewa częste migreny. A papa żartuje sobie, że nie umrze, dopóki nie usłyszy marsza weselnego, zwiastującego zamążpójście którejś z córek.

Natomiast siostry moje od kilku dni żyją kolejnym balem, na którym zostaną im przedstawieni nowi oficerowie. Bardzo intensywnie się do niego przygotowują, zresztą sam wiesz, jakie są ich zainteresowania.

O Najdroższy, nie martw się, ja jestem i pozostanę Ci wierna. Na wspomniany bal nie pójdę, co jest dla wszystkich zrozumiałe, bo przecież niewłaściwym jest, aby panna z dobrego domu bawiła się, gdy nie ma na miejscu jej narzeczonego.

Proszę Cię, tylko nie obwiniaj się za to, że pozostanę w domu. Wierz mi, że dużo ciekawiej spędzę czas, odpoczywając w domu i dogłębnie analizując literaturę wysokiej klasy. A gdy wrócisz, bardzo chętnie zatańczę na łące, w ogrodzie, w naszych ukochanych zakątkach.

Najdroższy, jeżeli czytasz ten list, to zaklinam Cię, odezwij się jak najszybciej! Tracę zmysły, nie wiedząc, co się z Tobą dzieje. Dni moje są szare i smutne w tej niewiedzy...

Proszę Cię, wróć jak najprędzej, gdyż jestem bez Ciebie niczym kwiat bez wody.

Twoja na zawsze

Jane Bennet


List Euniki Legoń

Droga Siostrzyczko!

Odkąd wyjechałaś do Anglii wszystko się zmieniło, spadło na nas jak grom z nieba. Ja nie skupiam się na lekcjach, nie dosypiam i nie jem. Nie wiem co robić, straciłam nadzieję i ledwo wiążę koniec z końcem. Tata stracił rozum i panowanie nad sobą, krzyczy po nocach Twoje imię i prosi, żebyś zrobiła mu herbatę. Mama popadła w depresję, myśli o niebieskich migdałach i ciągle płacze. Świat dla nas dosłownie kruszy się jak stuletni mur. Nie wiem co robić, by było dobrze, pomóż mi, proszę. Jeśli to możliwe, przyjedź choć na weekend. Może wtedy zdołamy się pozbierać, bo jak na razie to jest po prostu tragicznie. Strasznie przeżywamy rozstanie z Tobą, Twój wyjazd był dla nas jak cios mieczem w serce, bo zawsze Cię kochaliśmy i nadal będziemy, ale wiesz, że jest nam trudno, gdy nie jesteś wśród nas. Bardzo ciężko to przeżywamy, dlatego jedynym naszym marzeniem jest znów Cię zobaczyć. Bylibyśmy Ci naprawdę bardzo wdzięczni, zwłaszcza, że bez Ciebie nie mamy po co żyć, bo wszystko to spadło na nas tak nagle i nie potrafimy sobie z tym poradzić. Nasz świat się wali. Pomóż nam.

Kochamy Cię i serdecznie pozdrawiamy. Cześć!

Marcelina z rodzicami


List Roberta Pajury

Mości pułkowniku Wołodyjowski!

Z żalem wielkim donieść muszę o naszej klęsce pod Tyczynowem! Sromota okrutna, mości pułkowniku, straszliwa wręcz. Ocalało nas niewielu, może ze trzy setki żołnierza i kilku co zacniejszych oficerów. Reszta albo poległa, alo w niewolę wzięta. Zrejterowaliśmy do pobliskiej wsi Kańczuga, kędy dać odetchnąć zmęczonym koniom chcemy. Za kilka godzin więc dalej wyruszymy z nadzieją, że na żaden podjazd nieprzyjaciela nie natrafimy i szczęśliwego czasu jeszcze zaznamy pod dowództwem waszmości. Korzystając jednak teraz z chwili, pokrótce opowiem, cośmy pod Tyczynowem przeżyli.

Myśleliśmy, że wojska nasze w proch i pył rozniosą Szwedów. Dlatego też daliśmy im otwartą bitwę. I tak stanęliśmy naprzeciw siebie i tamci mieli jakieś 6 pułków rajtarii pod dowództwem mało znanych oficerów oraz sporo piechoty, my natomiast – kilka solidnych chorągiewek, z których szczególnie jedna się wyróżniała. Była to chorągiew wiśniowiecka pod dowództwem Szandarowskiego. Zacny to kawaler, drugiego takiego nie masz w Rzeczypospolitej! Poza tym posiadaliśmy siła pospolitaków, piechoty nieco mniej od szwedzkiej, ale za to jeszcze kilka armatek. Przybraliśmy więc gęste miny.

Bitwa o świcie się rozpoczęła, można by rzec, że surmy wojskowe przywołały słońce nad horyzont. Szczęście mieliśmy okrutne, gdyż owo słońce zaczęło dawać po oczach Szwedom, więc strzały muszkietowe nie mogły nam wyrządzić szkód wiele. Walczyliśmy prawie do południa, kiedy to Szwedzi wycofywać się zaczęli, widząc porażkę nieuniknioną. Rozpierzchli się na wszystkie strony, ratunku szukając wśród lasów. Pogoń była ciężka za nimi, ponieważ w tak gęstych borach trudno na koniu było gonić uciekającą piechotę, a że naszym pospolitakom najwyraźniej rzyci się nie chciało z kulbaki ruszać, siła wroga ocalała. Lubo mi się to nie podobało, nic nie rzekłem, napawając się wiktorią.

Niestety, część pospolitaków opuściła nasz obóz, widząc, jaką lekcję wojaczki nieprzyjaciel dostał, i tusząc, że zagrożenie minęło bezpowrotnie. Poza tym, jak się tłumaczyli, substancje ich wymagały opieki, więc nie mogli mitrężyć czasu na wojnie. Pozwoliłem im odejść bez większych wstrętów, gdyż podzielałem ich przypuszczenia.

Uczta była tego wieczora imponująca, Ale nie będę się waszmości rozwodził nad tym, jakeśmy sobie dogadzali, rzeknę tylko, że głowy nasze dymiły, a w oczach dwoiło się a troiło. I wtedy atak spadł na nas, jakby sam Bóg ciskać w nas piorunami zaczął. Szwedzi po porażce jakoś zdołali się przegrupować i przypuścić na nas atak! Popłoch w naszym obozie zrobił się przerażający, wzmagany jeszcze bardziej przez wrzaski zabijanych i błagających o litość. Lubo pijany byłem, zdołałem wraz z kilkoma oficerami zwołać parę chorągiewek i stawić czoła Szwedom. Wtedy też rozmyślałem nad tym, dlaczegom puścił bez sprzeciwu tych synów jednych, pospolitaków! Gniew sprawił, że zacząłem wcale trzeźwo myśleć, przeto w główny wir walki się rzuciliśmy. Jednak Szwedów siłą była nieprzebrana – położyli naszych mostem, więc ja, widząc to, odwrót zarządziłem.

W taki to sposób trafiliśmy do Kańczugi. Wiem, żem zawinił, bowiem nie tylko łatwe zwycięstwo nieprzyjacielowi dałem, ale na dodatek zawiodłem swą ojczyznę. Proszę przeto, aby wasza miłość przyjęła mnie pod swoją komendę, jako zwykłego żołdaka. Jeno w taki sposób winy swe odkupić mogę. Bogu was polecam...


List Barbary Pankowskiej

Przeznaczenie


spotkały się nasze oczy i zawirował cały świat

z pyłu wszechświata i poprzednich wcieleń

odnaleźliśmy się sobie przeznaczeni

dotyk naszych dłoni połączył nas na zawsze

a serca chociaż rozdzielone

ciągle biją wspólnym rytmem

Kochany!

Zaskoczyłeś mnie swoim telefonem. Już tak bardzo Cię zapomniałam, że nie poznałam Twojego głosu. Dawno już wykreśliłam Cię z mojego życia, a może to raczej Ty mnie... Nie wiem...

Od ostatniego spotkania minęło cztery lata. Pojawiłeś się wtedy na moment i znowu zniknąłeś. Nie zdziwiłam się, bo przecież tak robiłeś zawsze. Byłeś, a potem wracałeś do swojego poukładanego życia. Ale wtedy kochałam Cię miłością bezwarunkową. I godziłam się na taki układ. Byłam szczęśliwa, kiedy udało nam się być razem chociaż przez chwilę. Wystarczały mi Twoje spojrzenie, dotyk Twoich rąk... Tak jak Ty nikt na mnie nie patrzył. Twoje oczy mówiły mi, że jestem dla Ciebie jedyna, i że tylko mnie pragniesz. Wiedzieliśmy, że jesteśmy jak dwie połówki brzoskwini, które przekorny los nieopacznie rozdzielił. Rozumieliśmy się bez słów. Pamiętasz te nasze szalone nocne spotkania?

wbiegam w noc

a ty zamykasz

mnie

w swoich ramionach

cały obcy

świat

jest gdzieś poza

nami

nasza piękna nocna

miłość

wystarcza nam

i dodaje sił

do życia

za dnia

bez siebie

Uciekaliśmy przed całym światem, aby cieszyć się naszą skradzioną miłością. Dla mnie było to wielkie szczęście. Żyłam chwilą...

wśród zapachu traw

wtulam się w Twoje

ramiona

krople deszczu

spadają cichutko

na moją obcałowaną

twarz

wzruszony stary księżyc

podglądając

naszą skradzioną

miłość

uśmiecha się

aby odgrodzić nas

od świata i ludzi

zamyka nad nami

okno przyrody

zaciąga firanki chmur

daruje nam

ciemność

Wiem, że byłam dla Ciebie ważna. Ale nie miałeś jednak dość odwagi, żeby coś zmienić w swoim życiu. Nie chciałeś krzywdzić swoich najbliższych, a może tylko bałeś się rezygnować z dobrego układu. Napisałam o tym wiersz. Kiedyś go czytałeś, ale chce Ci go przypomnieć jeszcze raz.

Brzoskwiniowa baśń

spadliśmy z drzewa

w dojrzałej brzoskwini

nieświadomi

uciekliśmy od siebie

ze swoich połówek

skąd mogliśmy wiedzieć

że trzeba było mocno

trzymać się za ręce

nie zostawiono nam

instrukcji

długo szukałam drugiego ja

a gdy znalazłam

było już za późno.

szedł złączony

z nie swoją połową

ciągle oglądając się

za mną

już wiedział że to

właśnie ja

żal mu było jednak

złotego łańcucha

Ten złoty łańcuch trzyma Ciebie do dzisiaj... Czy jesteś szczęśliwy? Masz przecież wszystko: piękny dom, luksusy, dużo pieniędzy, ale, niestety, nie masz mnie i uczucia, które mogłam dać Tobie tylko ja. Nauczyłam Ciebie siebie, pokazałam, jak wygląda prawdziwa miłość. Chwile spędzone ze mną, to był dla Ciebie raj...

wszedłeś w życie

z opaską na oczach

kiedy ci ją zdjęłam

myślałeś

że zobaczyłeś raj


szczęśliwy

odkrywałeś powoli

każdy zakątek

mojego ciała


byłam jak

owoc zakazany

którego pragnąłeś

zbyt mocno


jednak miałeś już

swoją Ewę

i chociaż wiedziałeś

że nie jest prawdziwa

nie potrafiłeś

odejść


mogłam zabrać cię

na wygnanie

ale mój rozsadek

nie pozwolił mi

zamienić się

w węża

Potem miewałeś inne kobiety. Nie mając w domu tego, czego najbardziej potrzebowałeś, szukałeś odrobiny uczucia w obcych ramionach. Korzystałeś z różnych okazji, bo ja nie zawsze mogłam być przy Tobie. Nie mam o to żalu. Ja też miałam swoje drugie życie. Chciałam jednak wierzyć, że jestem dla Ciebie tą jedną, jedyną! I wierzyłam w to przez tyle lat!

Niedawno powiedziałeś mi, że tylko mnie naprawdę kochałeś i tak właściwie, to nigdy mnie nie zdradzałeś, bo w każdej, z którą byłeś, szukałeś właśnie mnie, tej jedynej, której nigdy nie powinieneś był pozwolić odejść. Za późno zrozumiałeś, jak bardzo byłam Ci bliska, tylko że wcześniej, sam przed sobą, nie chciałeś się do tego przyznać.

Będąc z innymi, zamykałeś oczy, aby przywołać te chwile, które spędziłeś ze mną. Ty w moim życiu też zawsze byłeś obecny. Więc, jak widzisz, podświadomie, nigdy się nie rozstaliśmy... To były tylko inne ciała, których dzisiaj nawet nie pamiętamy, ale nasze dusze zawsze potrafiły się odnaleźć.

Pomyślałam wtedy, że powiedziałeś mi o tym za późno! Gdybym usłyszała to 30 lat wcześniej, byłoby mi łatwiej żyć i podjęłabym inne, lepsze decyzje....ale teraz? Jakie to dzisiaj ma znaczenie? Chociaż moje serce jest wciąż młode, bo nie chce się zestarzeć i tak bardzo pragnę Twojej bliskości to... Przecież niczego w naszym życiu już nie możemy zmienić. Mogę tylko wspominać i zastanawiać się...

gdzie jesteś

beze mnie

i moich ust

Twoje ramiona

co noc

tulą tylko pustkę

obok Ciebie

obca kobieta

śpi spokojnie

bez marzeń

a ja duszę się

tęsknotą za Tobą

i pragnieniem

Twych pieszczot


nie potrafię już

zasnąć

bez wspomnień

o Tobie


jaki więc jest sens

takiego przydziału

miłości

kiedy sobie

przeznaczeni

latami umieramy

w cudzych ramionach

Zastanawiałeś się dzisiaj, co by było, gdybyśmy spotkali się 2 lata wcześniej? Jakie byłoby to nasze wspólne życie? Ja wiem bo...

gdyby można było cofnąć

czas

dzisiaj nasze ramiona

nie byłyby

puste

mielibyśmy dom pełen

nadziei

codziennie rano

budziłaby nas

miłość

a zapełnione radością

dni

spotykałyby się

z przegadanymi

wieczorami

i nigdy nie zabrakłoby

nam słów

ani dotyku

naszych rąk

Pozwoliłeś mi jednak zadecydować za Ciebie i odejść. Uważałam, że nie mogę burzyć Twojego spokojnego życia. Dzisiaj jednak też nie jestem pewna czy była to dobra decyzja...

pozwoliłeś na zło

i nic tego zmieni

zniszczyłam swoje życie

by Twoje było szczęśliwe

uciekłam przed sobą i Tobą

bo myślałam

tak będzie lepiej

myliłam się jednak

bez siebie

nie mogliśmy być

prawdziwi

my osobno

to tylko udawanie

życia

w odbiciu

krzywych luster

Minęło jednak już tyle lat!Wszystko gdzieś rozwiało się w codzienności...Czasami tylko, gdy budzi się tęsknota za Tobą, siadam i piszę dla Ciebie wiersz. Albo, kiedy mi się przyśni dobry sen o Tobie i czuję, jak wraca to uczucie, z którym bezskutecznie próbuję walczyć to wtedy

chciałabym

znowu

spojrzeć

w Twoje oczy

aby sprawdzić

czy potrafisz

jeszcze patrzeć

na mnie

sercem


chciałabym

znowu

poczuć

to ciepło

które powoli

ogarniało

moje ciało

kiedy

patrzyłeś

na mnie


i tak bardzo

chciałabym

aby znowu

zamieszkały

we mnie

motyle

No cóż! Kochanie moje! Czas jest dla nas nieubłagany! Dzień mija za dniem, a nasze życie toczy się spokojnym rytmem. Bez burz i szaleństw. Nadal jednak w myślach często rozmawiam z Tobą. Ciągle tkwisz gdzieś tam, w zakamarkach mojej duszy. I chociaż już teraz wiem, że za bardzo patrzyłam na Ciebie sercem, bo tak naprawdę to zawsze myślałeś tylko o sobie, to ciągle jeszcze

piszę do Ciebie

listy niewysłane

składając je

w ciemnym kącie

szuflady

może kiedyś

dostaniesz je

a wtedy znów

przeczytasz

mnie całą

być może

będzie jeszcze

czas

aby nauczyć się

siebie

na pamięć

Jeżeli jednak nie będzie nam dane być razem tu i teraz, to trudno. Może w przyszłym życiu nasze połówki spotkają się gdzieś tam, w innym wymiarze. bo chociaż

nie zasłużyliśmy

na raj


za grzechy

miłości

spotkamy się

w czyśćcu

i trzymając się

za ręce

będziemy

spacerować

po ukwieconych

łąkach


wśród lasów i pól

odnajdziemy

wszystkie

nieprzeżyte

wspólne

chwile


w nowym

niezbudowanym

domu

spotkamy

nasze

nienarodzone

dzieci

i tam będziemy

szczęśliwą rodziną

Czuję, że było to nasze ostatnie spotkanie, ale cieszę się, że mogłam z Tobą porozmawiać chociaż przez chwilę. Zrozumiałam też, że nie jesteś szczęśliwy, ale to już Twój wybór...Nie można w życiu mieć wszystkiego... Nihil est ab omni parte beatu... Życzę Ci szczęścia.

żegnaj miłości

moja

skazana

wyrokiem

cudzego spokoju

Barbara


List Justyny Orłowskiej

Kochana Babciu, Drogi Dziadku!

W pierwszych słowach mojego listu chcę Was pozdrowić.

Babciu wiem, że minęło sporo czasu od naszego ostatniego spotkania, ale nadal to pamiętam. Nie mogę się pogodzić, że Cię tu nie ma. Chcę Ci się wyżalić. Z rodzicami nie da się, tak jak z Tobą. Odeszłaś już parę lat temu, a ja mam pustkę w sercu. Nadal Cię kocham, choć jesteś już w niebie u Pana Boga. Razem z dziadkiem patrzycie na mnie z nieba. Chciałabym Was zobaczyć, uściskać, a szczególnie Ciebie dziadku, bo nigdy Cię nie poznałam. Znam Cię tylko ze zdjęć, które pokazywał mi tata. Nie mamy ich wiele. Zmarłeś, gdy tata miał sześć lat. Bardzo mi przykro, że nie mogłam Cie zobaczyć. Chcę Ci powiedzieć, że Cie bardzo kocham, choć Cie nie widziałam. Wiesz, w tym roku byłam na wakacjach na kolonii. Opowiem Ci o nich.

Pierwsze dni wakacji spędziłam w domu. W lipcu pojechałam na kolonię. Trochę się bałam, bo nikogo tam nie znałam. W autobusie poznałam Dianę była w moim wieku, bardzo ją polubiłam. Na miejsce przyjechaliśmy w sam raz na obiad. Po posiłku poszliśmy do swoich pokoi by się rozpakować. Do naszego pokoju doszły jeszcze dwie dziewczyny, a więc byłyśmy w czwórkę. Szybko się polubiłyśmy. Tego samego dnia poszliśmy na plażę. Tam robiliśmy różne ćwiczenia, aby się lepiej poznać. Na kolonii mieliśmy różne zabawy np. świrobieg, biegi terenowe, Bolek i Lolek, chrzest. W połowie kolonii zrobiono nam ognisko. Pod koniec pobytu były śluby i idol, w którym zajęłam drugie miejsce. Po powrocie do domu pojechałam do kuzynki. Spałam tam z nią pod namiotem. Byłam u niej dwa dni. Później odpoczywałam i chodziłam do przyjaciółki. W drugim tygodniu sierpnia zadzwonił do mnie pan z zajęć wokalnych, żebym zaśpiewała drugiego i trzeciego dnia na święcie ceramiki. Od tej pory jeździłam do Bolesławca na próby. Myślę, że występ podobał się. Pan mnie nawet pochwalił. 29 sierpnia okazało się, że będę śpiewać 31 sierpnia na rocznicy wybuchu II wojny światowej. Miałam dwa dni na nauczenie się piosenki. Podołałam wyzwaniu. Przed występem bardzo się denerwowałam. Było tam wojsko i wiele ważnych osób. Zaśpiewałam piosenkę Maryli Rodowicz pt. „Łatwopalni”. Mój występ był nawet pokazany w regionalnej telewizji „Azart-Sat”. Wyszło dobrze. Ciekawe, czy w niebie też macie kablówkę? Nieważne, ale wakacje były super.

Wiecie, chciałabym z Wami porozmawiać po prostu o błahostkach. Mam tyle do powiedzenia, że ten list miałby z dziesięć stron. Mam nadzieję, że do Was dojdzie. Ściskam Was mocno.

Wasza kochająca wnuczka

Justyna

PS Nigdy o Was nie zapomnę. Nadal będę Was bardzo kochać. Wy o mnie też nie zapomnijcie. Rodzice powiedzieli, że niedługo pojedziemy do Poznania. Bardzo się cieszę. Bo to przecież moje rodzinne miasto.

(informacja GA)