Po 4 lipca refleksji kilka…

Po 4 lipca refleksji kilka…
fot. Krzysztof Gwizdała Kaczyński przegrał. Owszem, przegrał, ale jest „na fali”. Ma za sobą armię ludzi oddanych mu bezgranicznie (widać to z obrazków w telewizji). Do tego wiadomą rzeczą jest, że w tej sytuacji właśnie Jarosław Kaczyński i jego obóz polityczny za żadne skarby nie odpuści. Gra jest o wielką stawkę – pisze Robert Rosiński.

Refleksja pierwsza: dobrze, że mamy to już za sobą. Bo ten ostatni miesiąc – cała ta kampania, z obu stron zresztą – zaczęła już mnie męczyć. I chyba nie tylko mnie. Zresztą – po I turze wiadomo już było, że zdecydowana większość rodaków doskonale wie, na kogo ma zagłosować – wszyscy tylko mocniej usadowili się w swoich okopach i czekali 2 tygodnie, żeby sobie „strzelić” do urny wyborczej.

Co do elektoratu SLD: „żadnych złudzeń panowie” – chciałoby się rzec. Byłem na spotkaniu z panem Napieralskim, poszedłem specjalnie, żeby zadać jedno pytanie. Zadałem je i uważnie słuchałem odpowiedzi. Wynikało z niej (i nie tylko z niej), że dla Grzegorza Napieralskiego jeden pan K. i drugi pan K. to „jeden diabeł” i on nie poleca żadnego z nich. Bo on po prostu poleca… siebie. Kolejna gwiazda na firmamencie, która bardzo chce świecić…

Refleksja druga: w stronę wyborców Jarosława Kaczyńskiego. No cóż – znacie moje poglądy z poprzednich felietonów, nie zaskoczę Was więc teraz, kiedy będę z Wami szczery jak zwykle. Spróbujcie sobie, drodzy wyborcy Jarosława K., tak już na spokojnie, zadać zasadnicze pytanie: Na którego Jarosława Kaczyńskiego głosowaliście w te dwie niedziele: czerwcową i tę z początku lipca?

Czy na tego odmienionego, spokojnego, wygaszonego, który o mało co nie usnął podczas tzw. I debaty z B. Komorowskim? Czy może na tego „drugiego” Jarosława – z tzw. II debaty (minęły 3 dni – a jaka niesamowita przemiana!) – przebudzonego, atakującego, bezlitośnie chlastającego słowami biednego Komora, z tym charakterystycznym (tak dawno nie widzianym) błyskiem w niezwykle bystrych oczach?

Którego Jarosława wybraliście?

Czy tego, który od wielu lat głosił, że SLD to diabelskie nasienie PZPR, że to wręcz „organizacja przestępcza”, czy tego Jarosława Odmienionego, który ostatnio, jak sam stwierdził, zrobił się „taki trochę lewicowy” i nawet polubił Edwarda Gierka i jego kolegów (do naszych czasów dożył np. całkiem sympatyczny Józef Oleksy).

Na kogo głosowaliście 4 lipca? Na Jarosława – „gołąbka pokoju”, który na użytek kampanii i nowego wyborczego wizerunku głosił hasło końca wojny polsko-polskiej, czy na Jarosława „jastrzębia”, który w najbliższej przyszłości (tego jestem pewien) tę wojnę polsko-polską zacznie prowadzić od nowa? Zastanówcie się – kto tu tak naprawdę robi Was cały czas w przysłowiowego „konia”…

I refleksja trzecia – i ostatnia: kierowana do zwycięskiego obozu PO. Miał rację Jarosław Kaczyński, mówiąc w gorący powyborczy wieczór 4 lipca (były emocje, prawda?) – że jedna przegrana bitwa nie przesądza o wyniku wojny. I tu się akurat z J. Kaczyńskim całkowicie zgadzam.

Platforma musi mieć (i chyba ma) świadomość, że to nie koniec, a raczej początek kolejnej wielkiej batalii. Chyba największej z dotychczasowych. Sytuacja, jaka się wytworzyła, sprawia, że – paradoksalnie – specjalnie nie ma się z czego cieszyć (mam na myśli Platformę, oczywiście). Wyniki mówią same za siebie. Zwycięstwo ledwo, ledwo – bardzo duża część Polaków powiedziała Platformie „nie” na rok przed wyborami parlamentarnymi. To musi wywołać refleksję. I odpowiednią reakcję.

I fakt drugi – skutek wyborów: Kaczyński przegrał. Owszem, przegrał, ale jest „na fali”. Ma za sobą armię ludzi oddanych mu bezgranicznie (widać to z obrazków w telewizji). Do tego wiadomą rzeczą jest, że w tej sytuacji właśnie Jarosław Kaczyński i jego obóz polityczny za żadne skarby nie odpuści. Gra jest o wielką stawkę. I wcale nie chodzi tu o Polskę, jaka ta Polska będzie: solidarna, liberalna, klerykalna czy w stylu wczesnego Gierka…

Nie – tu toczy się zapiekły spór i walka między niedawnymi jeszcze sprzymierzeńcami (bo w końcu oba ugrupowania wywodzą się z jednego prawicowego antykomunistycznego obozu). Tu po prostu, najzwyczajniej w świecie, chodzi o władzę. O to – kto kogo

A Platforma – w sytuacji, która się wytworzyła po 4 lipca – musi po prostu zabrać się do solidnej roboty. Do solidnego realizowania chociaż części obietnic wyborczych – nie tylko tych z ostatniej kampanii, ale i tych z 2007 roku.

Bo jak tego nie zrobi – to nie tylko nie przekona do siebie zwolenników J. Kaczyńskiego (z czym będzie raczej trudno), ale może stracić poparcie bardzo dużej liczby Polaków (takich jak ja), którzy w ostatnią niedzielę udzielili Platformie bardzo warunkowego poparcia. Odbyłem przez ten ostatni miesiąc wiele rozmów z ludźmi, z obu stron „barykady”, więc wierzcie mi: wiem, co mówię! Tu nie ma mowy o wielkiej dozgonnej miłości, tu jest oczekiwanie na czyny!

A zatem Platformo – której ciągle dobrze życzę – weź sobie do serca zawołanie starego wojownika Bartoszewskiego: „Alleluja – i do przodu!”. I ruszaj naprzód.

Robert Rosiński