Spektakl uroczego łakomczucha

Spektakl uroczego łakomczucha
fot. Marcin Zabawa Grzegorz Roman po raz pierwszy wyreżyserował własną sztukę i wystawił ją w rodzinnym mieście. Reżyser opowiada o „Fizjologii smaku” – swojej adaptacji tekstu francuskiego papieża gastronomii Anthelme'a Brillat-Savarina.
istotne.pl forum, bok-mcc, teatr, spektakl, grzegorz roman

Grzegorz Roman jest młodym mężczyzną, który właśnie zrealizował swoje marzenie. Nadał mu kształt i podzielił się nim z innymi. Wystawił własną adaptację sztuki o smakoszach i rozkoszach stołu – „Fizjologię smaku”. Zadebiutował w Bolesławcu, bo to jego miasto.

Jest reżyserem swojej pierwszej produkcji. Nigdy nie miał ciągotek dramaturgicznych, a z języka polskiego miał oceny średnie, ale po przeczytaniu książki Brillat-Savarina doznał olśnienia. – Podczas oglądania spektaklu w Teatrze Współczesnym w pewnym momencie miałem wizualizację – opowiada Grzegorz o pomyśle na wyreżyserowanie sztuki. – Zobaczyłem ze szczegółami wszystkie sceny i usłyszałem muzykę. Wiedziałem dokładnie, jak mam zrobić adaptację „Fizjologii smaku”. Ten tekst po raz pierwszy został przedstawiony w Polsce. A pierwsza myśl o stworzeniu tej sztuki powstała podczas mojej wycieczki do Paryża. Byłem natchniony duchem tego fantastycznego miasta.

„Fizjologia Samku” w reżyserii Grzegorza Romana to opowieść o proszonej kolacji. Radca stanu wydaje kolację, w ostatniej chwili jednak musi wyjechać. Udaje się na audiencję do króla. Goście siedzą już przy stole. Nikt nie podaje kolacji, bo nie ma gospodarza. Zaproszeni czekają więc na jego powrót i zaczynają rozmawiać na tematy związane ze sztuką kulinarną.

– Miała to być niezwykle elegancka kolacja – kontynuuje opowieść Grzegorz. – Radca stanu zaprosił na nią intratne osoby. Dlatego potrzebowałem, po pierwsze, dobrej, teatralnej sceny oraz odpowiednich kostiumów. Nie zrobiłem tego w Concordii, wybrałem kinoteatr Forum BOK-MCC, bo ta przestrzeń najbardziej mi odpowiadała. Scenografia Barbary Bednarowicz idealnie oddała nastrój spektaklu. Jestem zwolennikiem klasycznego teatru, uważam, że każdy rekwizyt na scenie musi być ograny. Użyłem też aksamitu w strojach aktorów, bo aksamit podkreślił wykwintność proszonej kolacji. Chciałbym też podkreślić świetną muzykę, skomponowaną do spektaklu przez Julię Niewar. Jestem niezwykle wdzięczny Juleczce za te kompozycje.

Daria ŁawniczakDaria Ławniczakfot. Gerard Augustyn

Grzegorz Roman zadowolony był też z gry swoich aktorów, przed którymi wysoko ustawił poprzeczkę. – Moi aktorzy, chociaż są amatorami (słychać to było po dykcji), doskonale wywiązali się z zadania – chwali Roman. – Daria Ławniczak wspaniale wchodziła w rolę. A jest to bardzo trudne zadanie. Była kokietką, prostą herszt babą ze wsi, która drze się na temat ryb, ździrą w restauracji oraz skromniutką kobitką proszącą o wsparcie dla biednych. Dużo czasu poświęciliśmy na naukę wejścia w swoją rolę i Daria wspaniale sobie poradziła.

Goście-aktorzy rozmawiali o potrawach, które Grzegorz wybrał według własnego smaku. – Potrawy wybierałem zgodnie z moim gustem, ale też wziąłem pod uwagę preferencje polskiego odbiorcy – mówi Roman. – Na kolacji rozmawiano o zupie, kurczaku i rybie. W tekście oryginalnym był to turbot, ale zmieniłem go na bardziej znanego u nas szczupaka. Do menu dodałem też gołębia (chociaż również w oryginale mowa jest o kurze polnej). Ten wybór podyktowały mi wspomnienia z dzieciństwa. Gołębie hodował mój dziadek. Z domu dziadków zapamiętałem tez intensywny zapach kawy oraz mięty, którą dziadek parzył wieczorami, kiedy wszyscy schodzili się do domu po jesiennym sprzątaniu ogrodu.

– Najbardziej ciekawym pomysłem było zaintrygowanie widza zapachami – dodaje Grzegorz. – W pewnym momencie ze sceny zaczęły roznosić się zapachy. Uzyskałem zamierzony efekt. Widzowie, zaskoczeni, zaczęli się zastanawiać, czy czują zapach naprawdę, czy tylko im się tak zdaje, kiedy słyszą płynące ze sceny smakowite opisy potraw.

Od lewej: Grzegorz Roman, Daria Ławniczak i Paweł KafelOd lewej: Grzegorz Roman, Daria Ławniczak i Paweł Kafelfot. Gerard Augustyn

– Żyję po to, by jeść – uśmiecha się Grzegorz. – To moja dewiza. Chociaż chcę ją uzupełnić o wyjaśnienie. Każda przyjemność, kiedy z nią przesadzimy, zaczyna nużyć. Dlatego nie trzeba przez cały tydzień jeść frykasów. Ale należy sobie raz na jakiś czas zrobić zmysłowo-gastronomiczną ucztę.

Grzegorz Roman zgadza się całkowicie z definicją smakoszostwa zaproponowaną przez autora „Fizjologii Samku”: „Smakoszostwo jest wrogiem nadużycia: obżartuch i pijak tracą kontrolę nad sobą. Smakoszostwo jest to namiętna, wyrozumowana i przyzwyczajeniem utwierdzona skłonność do przyznawania pierwszeństwa rzeczom dogadzającym smakowi”.

Na spektakl przybył komplet widzów. Grzegorz Roman, wystawiając sztukę w swoim rodzinnym mieście, podkreślał, że czuje się w Bolesławcu fantastycznie, zawsze tu wraca. I choć zawodowo związany jest z Wrocławiem, będzie nadal trzymał pieczę nad Concordią, której działalność zainicjował.

– Mam nowe pomysły, mam projekty – mówi o swoich planach. – Concordię stworzyli i tworzą ludzie, którzy tam działają. Chcę organizować życie kulturalne w Bolesławcu i na pewno będę tu wracał.


Grzegorz Roman – urodzony w 1988 r. w Bolesławcu. Założyciel Galerii Concordia w Bolesławcu. Absolwent Szkoły Muzycznej I stopnia w Bolesławcu (akordeon) oraz Animacji Społeczności Lokalnych we Wrocławiu (2009). Laureat europejskiego wyróżnienia dla animatorów kultury im. Heleny Radlińskiej, wyróżnienia na przeglądach teatrów amatorskich – Bombard 2005 i ThePlayCity 2007. Brał udział w czytaniach w ramach działań fundacji Centrala 71 we Wrocławiu: „Fizjologia smaku”, reż. Justyna Kowalska; „Ojcze Nasz”, reż. Katarzyna Baraniecka oraz „Przyjaciel”, reż. Bartosz Potoczny.

(informacja Grażyna Hanaf)