Bolesławianie, wierni mężowie Donalda

Bolesławianie, wierni mężowie Donalda
fot. Krzysztof Gwizdała Wyniki wyborów parlamentarnych pokazują, że jesteśmy wierni PO i zawsze do partii wrócimy. Nawet jak spędzimy noc, czy dwie, z atrakcyjną kochanką, a ten „ruch” poprzemy w wyborach.
istotne.pl wybory, poseł

Przewaga zwolenników Platformy Obywatelskiej w naszym powiecie została po raz kolejny potwierdzona. Na tę partię zagłosowało prawie 44% mieszkańców powiatu. Na drugim miejscu, z dużo słabszym wynikiem, znalazł się PiS – prawie 25%. Trzecie miejsce przypadło w udziale Ruchowi Palikota – trochę ponad 12%.

W samym mieście Platforma miała jeszcze lepszy wynik, bo prawie 48% (PiS 23% i RP 12%). Na Dariusza Kwaśniewskiego (PO) zagłosowało 2 954 bolesławian. W mieście jedynka z listy – Grzegorz Schetyna – wyprzedził go jedynie o 166 głosów.

Na dwóch kandydatów PiS z Bolesławca mieszkańcy oddali w sumie 590 głosów (Mirosław Horzempa – 410 i Irena Zatylna – 180). Na Przemysława Moszczyńskiego (Ruch Palikota) zagłosowało 308 bolesławian.

Stare dobre małżeństwo

Małżeństwo zawarte z Donaldem Tuskiem przez bolesławian jest trwałe i nic mu nie zagraża. Mimo kłótni oraz zwyczajowego marudzenia, że ta „nasza stara” się nie stara, w każdych wyborach wracamy do niej potulnie i oddajemy na Platformę głos.

W tym roku naszą szansą na własnego posła był Dariusz Kwaśniewski, który znacznie poprawił swój wynik z wyborów prezydenckich. Wtedy głosowało na niego1 495 bolesławian. W niedzielnych wyborach parlamentarnych prawie 3 tysiące. To z pewnością efekt sprawnie prowadzonej kampanii wyborczej. Była najbardziej widoczna, konkretna i miała jasne przesłanie: „Zagłosuj na mnie, na posła”.

Zdobycie takiej ilości głosów to również efekt dużej pracy wykonanej przez samego kandydata. Kwaśniewski przede wszystkim wyszedł do ludzi. Zdecydowanie chętniej niż w zeszłym roku spotykał się z wyborcami, rezygnując z pisania na blogu. To zaowocowało większą szczerością i wiarygodnością przekazu, a w konsekwencji oddanymi głosami, którymi można się pochwalić. Grzegorz Schetyna, który w okręgu zdobył ponad 67 tys. głosów, w Bolesławcu wyprzedził Kwaśniewskiego jedynie o jeden procent.

Atrakcyjny Palikot

Ruch Palikota to taka kusząca wiernego męża dziewczyna. Można przy niej bez problemu zapalić skręta, poświntuszyć i skoczyć na lewo. Taka odmiana podobno dobrze robi związkom. W Bolesławcu poparcie dla Ruchu Palikota było znaczne, bo ponad 12% (wyniki ogólnopolskie 10%).

Kandydatem z Bolesławca był Przemysław Moszczyński, znany jedynie z lokalnych forów internetowych. Prowadził on kampanię bez obciążania podatników. Ponad 300 głosów w Bolesławcu i ponad tysiąc w okręgu to wynik imponujący, jak na osobę nieznaną, bez partyjnych koneksji i bez konkretnej kampanii.

Moszczyński, co wcześniej przewidzieliśmy w naszym sondażu przedwyborczym, znalazł się na drugim miejscu po Kwaśniewskim, biorąc pod uwagę bolesławieckich kandydatów i ich wynik w całym okręgu legnickim. Jest to głównie efekt uroku Palikota, ale niewątpliwie też praca kandydata. Pomimo że Moszczyński dał się poznać w Internecie jako osoba trudna, mająca bardziej kontrowersyjne niż konstruktywne pomysły na naprawę Polski, w kontakcie osobistym potrafił trafić do wielu osób.

Czy stanie się siłą polityczną w kolejnych wyborach lokalnych? Trudno powiedzieć, ale niewątpliwie warto będzie śledzić poczynania bolesławieckiego Ruchu Palikota. Przed wyborami na prezydenta miasta za trzy lata Ruch może się wydać komuś smaczny i użyteczny. Zwłaszcza, że spotkania Ruchu są organizowane w bardzo rozpolitykowanej jadłodajni – Piwnicy Paryskiej (w 2007 roku spotykała się tam PO, w 2010 roku właściciel lokalu startował w wyborach na prezydenta miasta, dziś przenieśli się z „Elite” do Paryskiej zwolennicy Palikota).

Miasto bez posła

Bolesławianie mieli do wyboru dziesięcioro kandydatów na posła z naszego powiatu. Po dwóch z PO, SLD i PiS, trzech z PSL i jednego z RP. Tylko dwóch bolesławieckich kandydatów miało o jeden procent mniej głosów niż jedynki z listy. Byli to wspomniani już Dariusz Kwaśniewski (PO) oraz Przemysław Moszczyński (RP).

Możliwe, że ci dwaj kandydaci potrafili przekonać do siebie współmieszkańców bardziej niż inni. Wyniki pokazują, że nie udało się przekonać większej ilości osób, że głosowanie na jedynki, czyli na partię, to tak naprawdę nie jest głos dla miasta.

Zadziwiające, że w mieście, w którym większość osób przekonana jest, że wszystko można załatwić jedynie po znajomości, nie pomyślano, że własny poseł mógłby też działać według tej samej zasady. Chyba jednak nie wierzymy, że ktoś, kto pojedzie do Warszawy, będzie chciał lub nawet mógł coś dla nas zrobić. Chyba nie wierzymy w altruizm polityków i w ich chęci działania pro publico bono.

Mogła też zawieść zwyczajnie znajomość kandydatów i ich działalności. Kampania rozpoczęła się późno. Zabrakło czasu na dotarcie do wyborców z całego okręgu, tak by zapaść im w pamięć. Kwaśniewski był bardziej rozpoznawalny dzięki zeszłorocznej kampanii prezydenckiej.

Ma się nieodparte wrażenie, że w tej kampanii na zwycięstwie zależało tylko samym kandydatom. Szczególnie tym, co zrobili dobry wynik. Wyborcy do sprawy posiadania własnego posła podeszli raczej z obojętnością. Większego wsparcia nie dały też kandydatom ich macierzyste partie. Jakby zabrakło pasji i woli zwycięstwa. Czasami tak to bywa w stałych i długich związkach. Poczucie stabilizacji i pewność, że partner nas nie opuści aż do śmierci, pozwala wybaczyć mały skok w bok, bo o nic szczególnie się już nie walczy.

(informacja: Grażyna Hanaf)