Dzikowska tam, gdzie robią stempelki

Dzikowska tam, gdzie robią stempelki
fot. Krzysztof Gwizdała Podróżniczka na spotkaniu w Bolesławcu mówiła o uśmiechu, seksownej propozycji nagiego Etiopczyka i o ulubionej zastawie z kamionki, na której codziennie jada posiłki.
istotne.pl spotkanie, dzikowska

Do Bolesławca przyjechała Elżbieta Dzikowska promująca przewodnik po Polsce „Groch i kapusta” oraz swój album „Uśmiech świata”. Dzikowska powiedział, że przez całe swoje życie kierowała się zasadą, że z uśmiechem na ustach można wyjść z najgorszej opresji. Przytoczyła kilka pięknych przysłów mówiących o uśmiechu, jak chińską maksymę: „Jeśli nie wiesz, co podarować, podaruj uśmiech”. Mówiła też o tym, że Polacy uśmiechają się rzadko, a najbardziej radośni są ludzie biedni z Trzeciego Świata.

fot. Krzysztof Gwizdała

Autorka popularnych telewizyjnych programów podróżniczych „Tam, gdzie pieprz rośnie” przywitała bolesławian uśmiechem i miłą informacją, że codziennie jada posiłki na zastawie z naszej rodzimej ceramiki. Lubi ten serwis i choć w domu ma inne zastawy z ważnych ośrodków ceramiki w Polsce, nasz najbardziej przypadł jej do gustu

…bo ja już miałam męża, też był dobry!

Elżbieta Dzikowska niezwykle barwnie opowiedziała o swoim spotkaniu z drugim mężem Tony Halikiem (zmarłym w 1998 r. polskim podróżnikiem). Po raz pierwszy zobaczyła go w starym telewizorze marki „Wisła” – Tony Halik opowiadał o skoczkach w Acapulco. Elżbietę nie zainteresował ani program, ani prowadzący. Nie wiedziała wtedy, że spędzi z nim w małżeństwie ponad 20 lat.

Dzikowska otrzymała stypendium naukowe w Peru i pojechała tam, zatrzymując się w Meksyku. Miała ten czas wykorzystać i zrobić przysługę swojemu koledze, dziennikarzowi, który poprosił ją, by z Halikiem nagrała wywiad. Na początku nie udało się jej skontaktować z Tony’m, pracującym wtedy w dla amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC. Ale kiedy już się zobaczyli, nie rozstali aż do śmierci Halika.

Elżbieta bardzo ciepło opowiadała o wspólnych latach, przytaczając wiele anegdotek z ich wspólnej pracy. Kiedy pytano Tony’ego jak zarabia na swoje liczne podróże w najbardziej egzotyczne rejony świata, dowcipny globtroter zwykł był odpowiadać: – Ja napadałem na dyliżanse, a moja żona była burdelmamą.

Podczas licznych wypraw morskich Tony Halik był kapitanem, a Elżbieta załogą. – Byłam „starsze majtki”, więc miałam zawsze bardzo dużo roboty podczas tych wypraw – śmiała się ze swej funkcji Elżbieta

Opowiadała też o podróżach do Finlandii, który to kraj był prywatnym państwem małżeństwa podróżników. – Nigdy nie nakręciliśmy tam żadnego filmu – opowiada Dzikowska. – Było tam wszystko, oprócz alkoholu. Kiedyś zaopatrzyłam się w lokalnym sklepie w szampany, wina i wódki, które okazały się napojami bezalkoholowymi – dodaje z uśmiechem.

Podróżniczka wraz z mężem porozumiewali się z Finami… malując rysunki, a przy trudniejszych kwestiach dzwoniąc do córki gospodarzy w Helsinkach, która znała angielski.

Dzisiaj Elżbieta Dzikowska wszystkie pamiątki po mężu przekazała Muzeum Podróżników im. Tony Halika w jego rodzinnym mieście – Toruniu

– Kiedy poznałam Tony’ego miałam już jednego męża. Też był dobry – z nostalgią mówi Dzikowska na zakończenie historii o swoim drugim małżeństwie.

Groch z kapustą bez Bolesławca

Podczas spotkania Elżbieta zabrała słuchaczy w podróż dookoła świata, barwną i pełną przygód. Po spotkaniu zadano jej kilka pytań m.in. o to, jak jej się podobało w Etiopii, bo para bolesławian wybiera się tam na wycieczkę.

– Dziś Polacy mogą podróżować, gdzie chcą – zaczęła opowiadać Dzikowska. – Kiedyś nasze programy były takim oknem na świat. Etiopia to bardzo interesujący kraj. Południe jest dzikie. Trzeba mieć zawsze przygotowane drobne, by płacić za każde zdjęcie, które wykonuje się tubylcom. Miałam tam zabawna przygodę.

Kiedy Elżbieta zwiedzała Etiopię podszedł do niej nagi tubylec. Miał na sobie jedynie koraliki na szyi i przewieszony przez ramię kałasznikow. Zażądał, by zrobiła mu zdjęcie. Dzikowska odmówiła, ale przestraszony przewodnik, który towarzyszył ekipie, poradził, by jednak zrobiła to zdjęcie. Kiedy sfotografowała cudaka, ten natychmiast wyciągnął rękę po zapłatę.

Potem spotkali się jeszcze raz. Tym razem dziwny tubylec zaproponował jej, by zrobiła z nim „nio-nio”. Tłumacz wyjaśnił, że jest to propozycja seksualna. – Chciał pójść ze mną w krzaki i to zupełnie za darmo! – śmiała się Dzikowska.

Jedna z czytelniczek zapytała ją, dlaczego w przewodnikach „Groch i kapusta” zabrakło Bolesławca? Co prawda autorka odpowiedziała przecząco i twierdziła, że Bolesławiec znalazł się w jej książce o południowo-zachodniej Polsce, ale po sprawdzeniu okazało się, że go tam nie ma. Nasz region reprezentuje Grodziec i Lwówek Śląski (który jest wymieniony jako miejsce pobytu Napoleona).

Dzikowska opisała też Pławną i Grupę Plastyczną Pławna 9 Darka Milińskiego oraz słynnego mima. Dla podróżniczki był nim nie jeden bolesławianin, a Grzegorz, który wyzwolił się w Pławnej z narkotyków i gra dzisiaj we Wrocławskiem Teatrze Pantomimy.

To, że naszego miasta nie ma w przewodniku, zmusza do spojrzenia z pokorą na nasze wysiłki promocji Bolesławca i na ich efekty.

(informacja: Grażyna Hanaf)