NIK: miasto nie powinno mieć udziałów w telewizji

NIK: miasto nie powinno mieć udziałów w telewizji
fot. Marcin Zabawa Najwyższa Izba Kontroli wytknęła Legnicy, że miasto jest współwłaścicielem prywatnej telewizji. Chodziło o 0,4% udziałów. W Bolesławcu miasto ma w lokalnej telewizji aż 40%. I radni nic z tym nie robią.
istotne.pl azart-sat, telewizja

Na problem udziałów samorządu w spółce Azart-Sat zwracaliśmy uwagę kilka razy. Uważaliśmy, że to niedobra sytuacja – telewizja powinna być albo w całości prywatna, albo w całości samorządowa. Pisaliśmy też, że radni nie wiedzą, na co mają wpływ i co mogą zrobić z telewizją (zobacz: Radni są bezwładni w sprawie lokalnej telewizji oraz Dyskusja o telewizji zdominowała sesję rady miasta). Po naszych materiałach obiecywano, że problem zostanie rozwiązany, ale do dzisiaj nic nie zrobiono.

My jednak nadal szukamy argumentów, że sytuacja jest niewłaściwa. Dotarliśmy do raportu o spółkach komunalnych w niektórych miastach, który przedstawiła pod koniec września Najwyższa Izba Kontroli. Okazało się, że w Legnicy miasto miało tylko 0,4% udziałów w telewizji TVL z Lubina. Najwyższa Izba Kontroli orzekła, że uczestnictwo gminy w tego typu spółkach jest nieuprawnione, bo stwarza możliwość niekontrolowanego przepływu publicznych pieniędzy do prywatnych wspólników. Rodzi się pytanie, jaki raport powstałby po kontroli w Bolesławcu, gdzie miasto ma w prywatnej telewizji nie 0,4% udziałów, a sto razy więcej…

– Można sobie wyobrazić telewizję, którą urząd sobie funduje. Ale powinno to służyć wyłącznie celom informacyjnym. Najwyższa Izba Kontroli ma stronę internetową, na której umieszczane są różne informacje, m.in. materiały wideo. Ale nikt w NIK nie zakładał w tym celu spółki. Telewizja to przede wszystkim kosztowne przedsięwzięcie. Jest kilka ważnych pytań. Czy mieszkańcy chcą dopłacać do takiej spółki, gdy pojawia się strata? Co z zasadnością kosztów różnych inwestycji? Czy utrzymywanie spółki leży w interesie mieszkańców? Czy to jest cel publiczny? Do istoty mediów należy przecież niezależność od władzy. Lepiej inwestować w nowoczesne środki informowania o pracy urzędu, a nie w taką formę udawania wolnych mediów – mówi w rozmowie z nami Paweł Biedziak, rzecznik prasowy Najwyższej Izby Kontroli.

Po opublikowaniu raportu przez NIK zadaliśmy na początku października prezydentowi Piotrowi Romanowi pytanie, co ma zamiar zrobić w sprawie lokalnej telewizji. Przesłaliśmy mu też wyniki kontroli. Rzeczniczka Agnieszka Gergont odpisała, że prezydent podtrzymuje wolę zbycia udziałów w Telewizji Lokalnej Azart-Sat i że w tej sprawie zlecił wydanie opinii prawnej. Na nasze kolejne pytanie, kiedy konkretnie prezydent zlecił wydanie opinii i kiedy można się jej spodziewać, nie dostaliśmy już odpowiedzi. Z jednego z nagrań sesji rady miasta, do którego dotarliśmy, dowiedzieliśmy się za to, ile miasto zarabia na udziałach w tej spółce. – Dochód jest chyba zerowy, nie było w historii spółki dywidendy. Telewizja osiągała jakiś zysk, jakąś stratę, ale przeznaczała to na swoją działalność – tłumaczył prezydent.

Opozycja często zarzucała i zarzuca prezydentowi, że utrzymuje taki stan rzeczy i wykorzystuje telewizję do własnych celów. Często powtarzane są opinie, że Azart-Sat jest tendencyjna i nieobiektywna. I robi głównie materiały z wydarzeń, na których obecny był Piotr Roman.

– Co z mieszkańcami, którzy się nie zgadzają, żeby budować tubę władzy. Tacy ludzie chcą na przykład rzetelnej informacji na stronach internetowych urzędu, w samym urzędzie, a nie chcą tuby, nie chcą propagand. To jest poważne pytanie, na które radni powinni przynajmniej jedną sesję poświęcić – mówi Paweł Biedziak.

Radni tymczasem nic sensownego nie zrobili. Niektórzy radni opozycji poruszali te kwestie. Ale bezskutecznie. Nikt z radnych nie złożył zawiadomienia do NIK, by zbadała sytuację w Bolesławcu.

Według rzecznika NIK można sobie wyobrazić, że jakieś miasto rozwinie swoje samorządowe komunikowanie się z obywatelem, np. w postaci telewizji cyfrowej czy internetowej. Ale jest wtedy jasne, że to jest telewizja samorządowa. – Sytuacja jest czytelna, bo jest to telewizja urzędu, radni się na to zgodzili, nikt nie ma przypuszczeń, że to są wolne media i że pracują tam dziennikarze, a nie piarowcy – mówi Paweł Biedziak.

Telewizja Lokalna „Azart-Sat” jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Nadaje w sieci, która ma niewiele ponad 6000 gniazdek. Miasto ma 40 procent udziałów, reszta należy do właściciela sieci kablowej, zresztą ojca prezeski telewizji. Każdy, kto chce oglądać Azart-Sat w telewizorze, musi zapłacić abonament. Mimo tych opłat Urząd Miasta w imieniu wszystkich mieszkańców, nawet tych którzy kablówki nie mają i mieć nie mogą, płaci lokalnej telewizji kolejny raz. Za programy, reklamy i ogłoszenia. Co roku około 100 tys. złotych.

(informacja Krzysztof Gwizdała)

Zobacz także

Raport NIK o spółkach komunalnych