Dlaczego mówię „nie” Jarosławowi Kaczyńskiemu?

Dlaczego mówię „nie” Jarosławowi Kaczyńskiemu?
fot. Krzysztof Gwizdała Jarosław Kaczyński i cały jego obóz zawłaszczyli sobie wyłączność na patriotyzm. Ten, kto z nami – jest patriotą. Ten, kto przeciw nam – nim nie jest. Mało tego. Staje się automatycznie naszym wrogiem. Czyli wrogiem Polski. Oto cała filozofia obozu Kaczyńskiego – pisze Robert Rosiński.
istotne.pl wybory, jarosław kaczyński, felieton, robert rosiński

W swoim felietonie z końca kwietnia „Nie-prawi Polacy wszystkich opcji – łączcie się” zareagowałem na fragment oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego, wzywający wszystkich prawych Polaków do udzielenia mu poparcia w nadchodzących wyborach prezydenckich. Zastosowałem wtedy przewrotną figurę retoryczną i wskazując na swoją „wrodzoną” leworęczność, sam ustawiłem się od razu wśród „nie-prawych”. Część internautów w ogóle nie zrozumiała mojego tekstu (to już ich problem), ale część (i to znaczna) – od razu dodajmy – ta identyfikująca się z linią polityczną reprezentowaną przez Jarosława K. – rzuciła się na mnie niczym mocno wygłodzone drapieżniki na widok niczego niepodejrzewającego, ciągle jeszcze żywego „jedzonka”, paradującego im bezczelnie przed oczami. Nie chcę się tu rozwodzić nad poziomem niektórych wpisów. Decydując się na pisanie pod własnym imieniem i nazwiskiem, musiałem wziąć pod uwagę możliwość brzydkich ataków na moją osobę. Prawda jest taka, że jak się nie ma argumentów, to się rzuca wyzwiskami i próbuje przeciwnika znieważyć. Tym bardziej że nie ma to najczęściej nic wspólnego z tematem felietonu.

Pomyślałem sobie: „niech im będzie” – w końcu ich słowa świadczą w pierwszym rzędzie o nich samych. Tylko taki jeden mały szczegół: bądźmy w tej walce na słowa uczciwi. Przyjąłbym do wiadomości złośliwą uwagę czy wręcz epitet pod swoim adresem pod jednym warunkiem: gdyby mój adwersarz zechciał podpisać się imieniem i nazwiskiem pod swoimi poglądami. Wtedy byłoby „fair”.

Ale wracajmy do meritum.

Sam, dobrowolnie, bez niczyjego nakazu ustawiłem się, wedle kryterium Jarosława Kaczyńskiego, wśród „nie-prawych” obywateli tego kraju. I teraz, już zupełnie serio, bez żadnych bajdurzeń o leworęczności, chcę napisać, dlaczego odpowiadam „nie” na ofertę prezesa PiS.

Obserwuję karierę polityczną Kaczyńskiego od wielu lat, od czasów pierwszej „Solidarności”, potem jego krótkiego epizodu w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy (tam też odegrał swoją rolę, a jakże – ale to zupełnie inny temat). Dalej było Porozumienie Centrum i wreszcie PiS. Tutaj nie ma żadnych wątpliwości – to właśnie jemu ta formacja zawdzięcza swoje istnienie – to od początku do końca dziecko Jarosława Kaczyńskiego. Z pewnego punktu widzenia, patrząc na to wszystko, czego dokonał – muszę to uczciwie przyznać – Jarosław Kaczyński jest politykiem wybitnym. Więc dlaczego mówię mu „nie” (konsekwentnie od lat zresztą)?

Ujmę to, żeby nie przynudzać (ponoć cecha „starych zramolałych nauczycieli”) w 3 punktach:

  1. Wszędzie tam, gdzie w polityce pojawiał się Jarosław Kaczyński, pojawiała się wkrótce potem niezgoda, rysował się podział, dochodziło do kłótni, walk, awantur. On już taki jest, po prostu. Zawodowy „fighter” (Lepper to przy nim małe piwo). Przykład pierwszy z brzegu. Przed wyborami w 1990 został najbliższym doradcą, wtedy jeszcze kandydata na prezydenta, niejakiego Lecha Wałęsy. I co się urodziło? Tak zwana „wojna na górze” – pierwsze poważne pęknięcie w obozie postsolidarnościowym, które do dziś urosło już, niestety, do rozmiarów kanionu Kolorado. Nie mam żadnych wątpliwości, kto za tą „wojną” stał… Wkrótce potem zresztą obaj panowie Kaczyńscy poróżnili się ze swoim szefem i – kiedy ich z Kancelarii Prezydenckiej po prostu wyrzucił – bardzo szybko obwołali go „zdrajcą”. I tak dalej, i tak dalej, aż do dziś...
  2. Od czasu powołania do życia PiS (a może i wcześniej) Jarosław Kaczyński zaczął dzielić i w końcu niezwykle skutecznie podzielił nasz naród. Na tych prawych i nie-prawych, na prawdziwych i nie-prawdziwych patriotów i Polaków, na tych, co stoją tu, i tych, co stoją tam… Ten podział ostatnio nieco przygasł, wyciszył się, ale teraz – obawiam się – wybuchnie na nowo z całą siłą, przy okazji wyborów. Ziarno zostało wszak zasiane…
    W tym dzieleniu narodu bardzo „dzielnie” pomagała (i nadal pomaga) Kaczyńskiemu cała armia ideologicznych fanatyków i i fanatycznych ideologów, że wspomnę tylko o pewnym „ojcu” redemptoryście i jego „głośnym” radiu. W kontekście ostatnich wydarzeń (o których będzie mowa na zakończenie) można dziś powiedzieć, że w pewnym sensie sytuacja wymknęła się wodzowi spod kontroli i że niektórzy uczniowie bardzo zdecydowanie „przerastają” właśnie mistrza, co wcale nie jest mu teraz na rękę…
  3. Jarosław Kaczyński i cały jego obóz, w jakiś dziwny – nie do zaakceptowania dla mnie – sposób zawłaszczył sobie wyłączność na patriotyzm. Ten, kto z nami – jest patriotą. Ten, kto przeciw nam – nim nie jest. Mało tego. Staje się automatycznie naszym wrogiem. Czyli wrogiem Polski. Oto cała filozofia obozu Kaczyńskiego.

Jest to, po pierwsze, absolutnie nie do przyjęcia w systemie demokratycznym, w jakim – na szczęście – żyjemy. A propos demokracji, to nie jeden Jarosław K. ją wywalczył. Do tego jakoś sobie nie przypominam, żeby siedział za „komuny” w więzieniu, nie było go też, dziwnym trafem, wśród internowanych w stanie wojennym (w przeciwieństwie do jego brata). A po drugie – pytanie zasadnicze: Kto dał Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego zwolennikom prawo do decydowania o tym, kto jest patriotą, a kto nim nie jest? Pytam się: kto?!

I ten aspekt działalności publicznej Kaczyńskiego i wszystkich, którzy mu w tym pomagają (a dotyczy to niestety również wielu osób duchownych), jest w sumie niebezpieczny. Bo od podziału na patriotów i nie-patriotów całkiem niedaleko już do dzielenia na lepszych i gorszych Polaków, na tych, którzy „mają prawo do…”, i tych, którzy „nie mają prawa do…”

Niektórzy starsi internauci pamiętają jeszcze, jak nie tak dawno temu poproszono pewną, całkiem sporą, grupę polskich obywateli, żeby sobie z naszego kraju poszli… Wtedy zrobili to komuniści, ale niektóre obecne działania pewnych środowisk politycznych w Polsce (dodajmy uczciwie: nie chodzi tu tylko o samego Kaczyńskiego) bardzo przypominają tamte, sprzed 40 lat…

Na koniec przytoczę zdanie – znaną sentencję: „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Przytaczam ją pod rozwagę, do zastanowienia, dopóki nie jest za późno, póki ciągle jeszcze jesteśmy jednym narodem…

I niczego tu nie zmieni niezwykła wizerunkowa przemiana wodza PiS-u, nawołującego teraz obłudnie do zakończenia „wojny polsko-polskiej”. Aż chciałoby się w tym momencie zawołać: I kto to mówi?!

A jeśli już z Kaczyńskiego – „jastrzębia” zrobił się Kaczyński – „gołąbek pokoju” (co w końcu zawsze jest teoretycznie możliwe) – to czegoś mi tu brakuje. Czego? Porządnego walnięcia się w pierś i wypowiedzenia formuły znanej nam wszystkim z coniedzielnej mszy świętej: „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

PS: Ten felieton napisałem dokładnie miesiąc temu. Oczywiście z wyjątkiem końcowego fragmentu, tego o wizerunkowej przemianie J.K. Czekałem miesiąc, uważnie słuchałem i patrzyłem – i teraz już wiem. Wiem, że tak naprawdę nic tu się nie zmieniło. Mimo bardzo sprytnie stwarzanych pozorów… W myśl słynnej teorii niejakiego Jacka Kurskiego (notabene: gdzie on się podział?), że „ciemny naród to kupi”.

Robert Rosiński