Miłość na kredyt

Miłość na kredyt
fot. Krzysztof Gwizdała Przez cztery lata bolesławianka Dorota wysyłała pieniądze nigdy nie widzianemu ukochanemu. Brała kredyt za kredytem. Wysłała mu około 400 tys. złotych. Do chwili, kiedy luby okazał się kobietą.
istotne.pl oszustwo, kredyt, dorota, jaróg, miłość

Czteroletni romans Doroty był niewyobrażalnie dziwny i skończył się tak samo niesamowicie, jaki był. Ukochany mężczyzna, z którym Dorota kontaktowała się jedynie telefonicznie, podczas tych czterech lat miał kilka wypadków samochodowych, został pobity przez mafię i stracił dwa razy pamięć. Nigdy nie pozwolił odwiedzić się Dorocie w szpitalu. Prosił tylko, by dzwoniła i wysyłała pieniądze potrzebne na leki, operacje lub niezapłacone rachunki i wierzytelności jego upadających biznesów. Miał kilka sklepów, restauracje, piekarnie, zatrudniał pracowników, których musiał opłacać. I miał zły bank na głowie z dyrektorem blokującym mu co rusz konto. W dniu, w którym Dorota dowiedziała się, że została oszukana przez kobietę podającą się za mężczyznę, jej własne zadłużenie w bankach wynosiło setki tysięcy złotych.

Kiedy obraz ukochanego rozmywał się, kiedy nikły jego długi, jego zagrożenie, szpitalne sale, na których ocierał się o śmierć, kiedy znikali dyrektorzy banków, którzy uważali ją za jego narzeczoną i wydzwaniali z roszczeniami, przynaglając do wpłat, Dorota pomyślała: „Boże, co ja zrobiłam?!”. Poczuła też, że odrywa się od niej coś bardzo złego. Poczuła ulgę. Długo płakała na ławce w parku zanim poszła na policję. Mówiła nieskładnie o tym, jak została oszukana. Policjanci nie mogli jej zrozumieć. Zaproponowali, by napisała list do oszustki i zażądała w nim zwrotu pieniędzy. Powtórzyła im jeszcze raz, że ta suma to prawie 400 tysięcy. Nie chcieli uwierzyć, byli pewni, że Dorota, będąc w szoku, myli sumy. Pytali o cztery, potem czterdzieści tysięcy. Wyszła z komendy nie uzyskawszy pomocy. Po kilku miesiącach założyła sprawę w sądzie z powództwa cywilnego.

Pozwana oszustka nie stawiła się na żadnej z trzech rozpraw. Przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Grozi jej nawet do 10 lat więzienia, ale musi wziąć udział w procesie. Dorota nie ma wielkiej nadziei na odzyskanie chociaż części kwoty.

Nikomu ta historia nie może zmieścić się w głowie, bo to sprawa, która mieści się jedynie w dobrym sercu.

Sprawy sercowe

To był sierpień 2005 roku. Dorota opłakiwała zmarłą mamę. Odeszła kilka miesięcy wcześniej. Była dla niej przyjaciółką, osobą, której opowiadała o sobie najwięcej. Opiekowała się nią też, kiedy chorowała. Ojciec zmarł piętnaście lat wcześniej. Obie kobiety były mocno związane. Byli co prawda bracia, ale Dorota nie potrafiła z nimi tak rozmawiać. Mieli swoje życie. Po śmierci mamy Dorota nie umiała znaleźć sobie miejsca. Wciąż mieszkała w pustym rodzinnym domu. Jej żałoba się przedłużała. Miała zaburzenia snu, łaknienia, była w depresji. Szukała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać, zwierzyć się z tęsknoty. Zakochać się, założyć dom i normalnie żyć.

Historia Doroty nie mieści się w głowie, bo może pojąć ją tylko serceHistoria Doroty nie mieści się w głowie, bo może pojąć ją tylko sercefot. Krzysztof Gwizdała

Zainteresowała ją propozycja „Randka SMS” jednej z rozgłośni radiowych. Za niecałe trzy złote wysyłało się SMS z krótką informacją o sobie. SMS pojawiał się również na stronie internetowej rozgłośni. Treści wiadomości były lakoniczne: „Zraniony blondyn pozna przesympatyczną istotkę w wieku 20-25. Bolesławiec, Lubań, okolice.”, „Poznam sympatyczną dziewczynę od 17 do 24 lat z gminy Gromadka, okolice Bolesławca. Miły, przystojny, piszcie śmiało.”

Dorota napisała również prosto: „Mam trzydzieści lat, pochodzę z Bolesławca i szukam przyjaciela”. Odpisało jej kilka osób. Zaczęła z nimi rozmawiać, mówiła o sobie, poczuła się lepiej. Jednak żadna z tych znajomości jej nie zachwyciła. Aż do dnia jej imienin, 5 września. Wtedy przyszła wiadomość od wyjątkowej osoby. Pod SMS-em podpisał się Grzegorz. Był romantykiem o złamanym sercu. Porzuciła go dziewczyna. Katarzyna zabrała mu wszystko i złamała serce. Zawiódł się na kobietach do tego stopnia, że bał się przed nową znajomą otworzyć. Tym tłumaczył nagłą zmianę imienia. Z Grzegorza przechrzcił się na Szymona i do końca używał tego imienia. Wolał najpierw stworzyć ochronną barierę. Już jako Szymon pisał wierszyki i rymowanki. O niektórych mówił, że są jego własnymi wierszami. W jednym z SMS-ów napisał: „To nie przypadek, że Cię pokochałem. To nie przypadek, że się zaangażowałem. To nie przypadek, że moje serce drgnęło. To przeznaczenie z Tobą mnie zetknęło.” [03.10.2005 godz. 10:50]

Kobieta najpiękniejsza jest, gdy kocha

Szymon szybko zadeklarował swoje uczucie. Zakochał się w Dorocie i pragnął jej wzajemności. „Raz w życiu się zakochałem tak mocno, że brak mi słów. Serce tylko Tobie oddałem, boś jest kobietą mych snów.” [17.01.2006 godz. 22:49]

Wiadomości były pełne uczucia. Zmysłowe, ale bez erotycznych podtekstów. Nawet słowa o pieszczotach w nich nie było. Szymon pisał jedynie o zetknięciu ust, zapierającym dech w piersi, dotyku rąk, spojrzeniu w oczy, szukaniu ciepła nieobecnego ciała. Wszystkie SMS-y mówiły o wielkiej, nieogarniętej, doskonałej miłości. „Ty i ja. Spośród tysięcy mocno trzymamy się za ręce. Niezwykły dzień, doniosła chwila i szept nieśmiały: Miła… Odtąd już razem zawsze i wszędzie, tak miało być i tak będzie!!!” [28.01.2006 godz. 19:54]. „Moje oczy są Twoje, moje serce jest Twoje, moje usta są Twoje. Zobacz, cały jestem Twój na zawsze. Nikt mnie Tobie nie zabierze, bo ja nikomu siebie nie oddam” [28.01.2006 godz. 23:41]

Potrzeba bliskości, miłości, odnalezienia wspólnej duszy, kochającej osoby, wszystko to zawierało się w krótkich tekstowych wiadomościach. Układa się z nich uczucie idealne, nieskalane, prawie święte i mocne, jak rzeczy ostateczne. „Doroto, kocham Cię jak nikt, za Tobą w ogień poszedłbym, bo Ciebie stworzył dla mnie Bóg. On wiedział, że będziesz dla mnie jak Anioł Stróż.” [14.03.2006 godz. 19:40]

Dorota zaczęła się angażować. Na początku jeszcze prosiła o czas. Wyjaśniała, że nie może zadeklarować uczucia komuś, kogo nie widziała na oczy. Dziwiła się, że Szymon tak szybko się w niej zakochał. Ale SMS-y były jak syreni śpiew, który przyzywał ku życiu, jakiego jej brakowało. Za jakim tęskni każdy człowiek. Poczuła po raz pierwszy więź tak mocną, jakby mama znów przy niej była. Dotarł do niej. Posyłał jej wiersze i piosenki. Niektóre tak ją wzruszały, że płakała. SMS-y spisywała na małych karteczkach, na pamiątkę, by się nimi cieszyć. Poczuła się bezpiecznie. Była pewna, że pojawił się ktoś, kto jej nie oszuka, nie zdradzi, przed kim może się otworzyć.

Była dla niego gwiazdą na niebie, której szukał w każdej melodii. Ukochany prosił anioły, by przekazały jej słowa miłości płynące wprost z jego serca. Była ciągle obecna w jego snach i marzeniach. Pragnął jej ciepła, jej dobroci, jej uśmiechu i jej szczęścia. Kiedy on był nieobecny, upraszał cały świat, by przypominał jego ukochanej o miłości, jaką ją darzy. Miały jej o tym mówić niebo, Ziemia, Słońce i Księżyc. Nikt oprócz ukochanej się nie liczył. Mieli być małżeństwem wybranym, doskonałym, ich miłość przypieczętował sam Bóg. Przy niej goiły się jego rany. Ona wybaczała mu wszystkie winy. Rozdzielał ich tylko zły los. I nieszczęśliwy wypadek.

Posłuchaj pan, panie podróżny, co się zdarzyło…

Życie Szymona było trudne. Opowiadał, że wychował się w domu dziecka. Jego rodzina miała go narkotyzować w dzieciństwie, co skończyło się przeszczepem nerki. Jedyna siostra przebywała za granicą. Była sam, tak jak Dorota. Dorobił się wprawdzie i miał jakieś sklepy, restauracje i cukiernię, ale i to miało wkrótce runąć. Mieli się spotkać po tygodniu SMS-owej znajomości. Ale Szymon miał wypadek samochodowy pod Poznaniem. Właśnie do niej jechał. Śpieszył się. Pech. SMS-a napisał kolega. Szymon był w ciężkim stanie. Czekała go operacja. Chciała pojechać. Odwiódł ją od tego pomysłu. Nie chciał, by zobaczyła go w takim złym stanie. Nie pojechała. Kiedy znów ponowiła prośbę o wizytę, okazało się, że leczy się już w innym szpitalu. Najpierw był w Poznaniu, potem w Warszawie, na końcu hospitalizowany był w Londynie.

Pierwsze prośby o pieniądze pojawiły się pod koniec 2005 roku. Pytał, czy mu pomoże w trudnej sytuacji. Nie umiała nie pomóc. Nie podawał konta bankowego, a adres koleżanki mieszkającej pod Krotoszynem. Wysyłała gotówkę pod wskazany adres, a on za nią dziękował. Najpierw były to niewielkie kwoty. Dwieście, pięćset złotych z własnych oszczędności. Kiedy brat Doroty zobaczył przelew, zaintrygowany zapytał, komu wysyła pieniądze? Skłamała, że to pożyczka, która wkrótce zostanie zwrócona. Była niezależna. Nie musiała się nikomu tłumaczyć. Ale później fakt wysyłania pieniędzy ukrywała przed rodziną.

Leczenie Szymona się przedłużało i rosły jego koszty. Dochodziły do tego problemy z płatnościami dla pracowników przez niego zatrudnianych. Dorota nie nadążała z wysyłką kolejnych kwot. Przekazy były coraz większe. Tysiąc, dwa tysiące, pięć, dziewięć tysięcy jednorazowo. W końcu Szymon pożyczył pieniądze od mafii, by zapłacić pensje. Musiał je spłacić z dużymi odsetkami. Nie zdążył. Został napadnięty. Połamano mu ręce i nogi. Znów znalazł się w szpitalu. Stracił pamięć. Znów potrzebował pieniędzy.

Szymon wysłał listy i swoje zdjęcie. Jeden z nich adresował też do braci Doroty. Deklarował małżeństwo, jak tylko skończą się jego kłopoty finansowe i zdrowotne.

„Witaj Skarbie, Nie będę nic Tobie pisać, bo nie umiem pisać listów. A co do adresu mojego, to na razie nie podam Tobie, ponieważ w Poznaniu nie mam stałego zameldowania. Wszystkie korespondencje przychodzą na nazwisko znajomych. Jak chcesz do nich adres to powiedz. Prześlę Ci SMS-em. Daje Tobie dwa zdjęcia. Jedno to Hanka, moja siostra, a na drugim jestem ja. Czekam z niecierpliwością na nasze spotkanie. Ja tak dłużej nie mogę bez Ciebie. Kocham. Naprawdę kocham Cię Skarbie.”

Na wysłanym zdjęciu w gronie kolegów siedzi przystojny, szczupły szatyn z mocno zarysowaną szczęką, z wyrazistymi rysami i ładnym uśmiechem. Na drugim podobna z rysów kobieta.

Dorota przede wszystkim bała się o niego. Przeżywała każdy wypadek, każde nieszczęście, które go spotykało. I przede wszystkim umierała ze strachu, że go straci. Tak, jak straciła mamę. Wspierała i telefonowała. Dzwoniła do niego, kiedy szykował się na operację. To było tak, jakby trzymała go za rękę. Mówiła, że wszystko będzie dobrze. Mogła powstrzymać śmierć. Wysyłając pieniądze.

Kredyty zaczęły się w 2006 roku. Najpierw pożyczała w bankach, potem w instytucjach finansowych. Konsolidowała kredyty. Brała następne. Miała też własne wydatki. Miesięcznie wysyłała ponad 2 tys. SMS-ów, rachunek za rozmowy przez telefon stacjonarny opiewał na 5 tysięcy. Kiedy banki przestały pożyczać, prosiła znajomych. Ukochany obiecywał, że odzyska swoje pieniądze, jeśli tylko pomoże mu odblokować jego własne konto. Potrzebował tylko pięciu tysięcy albo dwóch i pół. Tak mijał miesiąc za miesiącem. Jedna rata za drugą ratą odmierzała czas Dorocie. Chociaż ona liczyła go na SMS-y i telefoniczne minuty.

Trudno nie wierzyć w nic

Był czerwiec 2009 roku. SMS-y od ukochanego zmieniły treść. Nie było już wierszowanek o miłości silniejszej niż śmierć. Więcej było pytań: „I co, jesteś w stanie załatwić choć 500 złotych?”. Nie miała skąd pożyczyć. Sama tonęła w długach. A głos ukochanego przynaglał. Zaczęły się groźby. Kiedyś podczas rozmowy telefonicznej, ktoś wyrwał słuchawkę Szymonowi i kobiecym głosem krzyknął do Doroty: „Załatwimy cię”.

Bolesławianka była przekonana, że jest narzeczoną Szymona. Odzywać się do niej zaczął jakiś dyrektor banku, który nalegał, by wpłaciła pieniądze, aby odblokować konto przyszłemu małżonkowi. Pisał do niej: „Proszę przekazać panu Szymonowi, że wszystko stracił”. Po chwili pisał ponownie: „Pan Szymon ma do godziny 12:00 wpłacić do Banku kwotę w wysokości 5 tys. złotych. Potem bank przejmie wszystko. Proszę to przekazać”. Kiedy się nie odzywała, oskarżał: „Tak myślałem, jak pan Szymon mówił. Jest pani zakłamana i chodziło pani tylko o pieniądze Szymona, o nic więcej”.

Ukochany zamienił się w pazerną bestię, która żądała, prosiła, wyłudzała coraz więcej i więcej. Aż w końcu zadzwonił Karol. Mężczyzna, który podawał się za chłopaka siostry Szymona. On też poprosił o pieniądze. Taktyka była jednak inna. Powiedział, że zdobył numer Doroty, bo Szymon potrzebuje pieniędzy i prosi go o pożyczkę. On niestety nie ma takiej kwoty i być może ona byłaby mu w stanie pomóc. Odmówiła. Ponowił jeszcze prośby i w końcu ją wyśmiał. Kiedy zrozumiał, że nie dostanie ani grosza, powiedział jej, że padła ofiarą oszustwa. Szymon w rzeczywistości jest kobietą. Ma na imię Małgorzata i na jej adres właśnie wysyłała tyle lat pieniądze. Małgorzata ma do tego rodzeństwo, rodziców, a za wysyłane pieniądze robiła zakupy na Allegro i remontowała dom rodziców, w którym mieszka. Wszystkim opowiadała, że ma chłopaka, który przesyła jej te pieniądze z miłości.

Dorota najpierw się roześmiała. A potem zaczęła histerycznie płakać. Nie wie, jaki czas przesiedziała na ławce w parku. Do końca wierzyła, że to mężczyzna. Nic nie podejrzewała. Karol musiał jej opowiadać historie, które znał od Szymona-Gośki, by w końcu uwierzyła. Gdy mówiła znajomym o tym, co ją spotkało, ludzie nie wierzyli.

Po tym zdarzeniu Dorota na jakiś czas wyjechała opiekować się starszą, chorą osobą. Dochodziła do siebie. Do dziś jest na lekach.

Całą historię opowiedziała mediom, by zaczęto jej wierzyć, że coś takiego może się zdarzyć. Czyta komentarze w Internecie. Wie, że piszą o niej, że jest naiwna. Nie złości się na to. Zwraca uwagę na te dobre wpisy. Nie mogłaby zrobić nikomu takiej krzywdy, więc nie mogła sobie wyobrazić, że ktoś może tak skrzywdzić ją. Ostatnie rozmowy nagrywała. By zdobyć dowody. W dniu 27 czerwca 2009 roku Szymon wysłał ostanie SMS-y.

Dorota, ja kogoś poznałem i nie chcę się zawieść, jak na Kasi i Tobie. Nie chcę być z Tobą, nie mam po co.

I nic znów nie piszesz.

Jezu, niech Ci ta koleżanka pożyczy i wyślij.

Wysyłasz, czy nie?

To szukaj teraz poczty.

Szukaj otwartej poczty.

Znowu nic nie piszesz. Ty tak właśnie robisz.

Szukaj poczty i wyślij.

Niech Ci ktoś podrzuci, to jest nasze być, albo nie być.

Masz tą kasę?

Dorota, nie będę pisał teraz, idę z Agnieszką i znajomymi na imprezę. Potem się odezwę, a Ty tam z dyrektorem załatw, ok.

Sprawa z powództwa cywilnego toczy się w Sądzie Rejonowym w Jeleniej Górze.


Jeśli ktokolwiek chciałby w jakiś sposób wspomóc panią Dorotę (był na przykład w podobnej sytuacji i wygrał sprawę z oszustem), proszę kontaktować się z nami na adres redakcji. Przekażemy Państwa korespondencję.

(informacja Grażyna Hanaf)