Idiota zagubiony

Idiota zagubiony
fot. Krzysztof Gwizdała Była wiosna i sezon jeszcze się nie zaczął. Pracujące w biurze kobiety wolno szykowały się do wyjścia.
istotne.pl sezonu, idiota

Biuro podróży – mała, rodzinna firma – znajdowało się niedaleko miejskich plant i sąsiadowało z barokowym kościołem. Na cichej uliczce z synagogą w podwórzu panowała cisza. Była wiosna i sezon jeszcze się nie zaczął. Pracujące w biurze kobiety wolno szykowały się do wyjścia. Planowały zakupy po drodze i obejrzenie ulubionego serialu wieczorem.

Właścicielka zamykała segregator z napisem: „Wczasy w Hiszpanii z dojazdem własnym”. Była to w połowie lat dziewięćdziesiątych nowa forma podróżowania. W biurze wykupywało się pobyt w hotelu zagranicznym, a na miejsce dojechać trzeba było własnym środkiem transportu. Segregator nie był zbyt gruby, może kilkanaście osób zdecydowało się na taką samodzielną podróż. Niewiele znało język obcy. Dla wielu wyjazd na zachód był podróżą w nieznane.

W spokój wiosennego popołudnia wdarł się dzwonek telefonu. Szefowa odłożyła segregator i odebrała:
– Słucham, biuro podróży – przedstawiła się i podała nazwę biura.
– Jestem waszym turystą, sprzedaliście mi wczasy w Hiszpanii z dojazdem własnym! – z drugiej strony odezwał się wzburzony męski głos.
– Tak? Czy w czymś pomóc? – zapytała właścicielka.
– Tak! – odkrzyknął klient. – Powiedzcie mi, GDZIE JA TERAZ JESTEM!?

Gdyby to był film, a nie opowieść, można byłoby w tym momencie pokazać samotnego mężczyznę w budce telefonicznej. Kamera odjeżdżałaby coraz dalej i wyżej, pokazując najpierw pustą ulicę nieznanego miasta, potem miasto, zarys Europy, kulę ziemską oraz na koniec Drogę Mleczną. A w tle dryfowałoby pytanie: Gdzie ja teraz jestem?

Szefowa zamarła. Dwie pozostałe kobiety spojrzały na nią zainteresowaniem.
– Proszę chwilę poczekać – powiedziała do turysty i szeptem odezwała się do koleżanek – nasz turysta, dojazd indywidualny, pojechał na wczasy i nie wie, gdzie jest. To znaczy chyba gdzieś w Europie, miejmy nadzieję.

Jedna z kobiet otworzyła szybko segregator i wyłowiła ofertę. Był jeden wyjazd z datą dzień wcześniejszą.

– Zapytaj go kiedy wyjechał, czy wczoraj? – zaszeptała.
Turysta potwierdził. Wczoraj wieczorem wyruszył w stronę Niemiec.
– Niech pan ustali w jakim języku rozmawiają ludzie, tam gdzie pan jest? – zaproponowała szefowa.
– Jak mam się tego dowiedzieć, jak ja nie znam żadnego! – wściekł się już nie na żarty turysta.
– Ale są tam jacyś ludzie? – pyta szefowa.
– Są! Pewnie, że są, to jakiś kraj, idiotę pani ze mnie robi? – ryknął mężczyzna.
– Nie – wycofała się szefowa. – W takim razie niech pan na kogoś zamacha, zawoła go gestem.
Po chwili usłyszała, jak turysta huczy do przechodzących ludzi nieartykułowanymi okrzykami: Uuuu! Eeee!
– Nie podchodzą. Nie chcą czy co, nieużyty naród – zżymał się mężczyzna.
– Może niech się uśmiechnie – zaproponowała jedna z kobiet, kiedy szefowa przełączyła telefon w tryb głośnomówiący.
– Niech się pan uśmiechnie – powtórzyła szefowa.
W słuchawce zapanowała cisza. Długa. Kobiety spojrzały na zegarek. Dziesięć sekund, piętnaście, trzydzieści. Nagle w słuchawce dało się słyszeć westchnienie pełne ulgi i głos turysty:
– Uff, idzie, jeden idzie. Gadajcie z nim.
W słuchawce zabrzmiał dźwięczny i melodyjny język francuski. Francuz udzielił odpowiedzi, gdzie jest zbłąkany turysta. Życzył wszystkim miłego dnia i odszedł.
– Dobrze – powiedziała szefowa biura do turysty – teraz niech pan wyciągnie swoją mapę to powiemy panu, jak wrócić na autostradę i dojechać do granicy z Hiszpanią.
– Pani może do mnie oddzwonić. Kończą mi się drobne – powiedział turysta – a mapę mam w bagażniku.

I tak po godzinnym instruktażu jak korzystać z mapy, turysta się rozłączył. Panie wyszły z biura, a szefowa zanotowała na kartce uwagi i włożyła je do segregatora. Napisała tam: „Pytać turystę, czy potrafi czytać mapę? Ile razy w życiu wyjeżdżał na zachód i czy wie, gdzie znajduję się Hiszpania?”.

Grażyna Hanaf