Cenna bolesławiecka kultura

Cenna bolesławiecka kultura
fot. bluegum @ sxc.hu Czy pieniądze samorządu są przeznaczane tylko na utrzymanie budynków, a nie na działania kulturalne? Czy stowarzyszenia i osoby prywatne mogą liczyć na wsparcie swoich inicjatyw i imprez przez samorząd? Czy prezydent powinien dziękować za organizację Gliniady w Bolesławcu? Zapraszamy do lektury i komentowania. Każdy głos w tej sprawie uważamy za niezwykle cenny.
istotne.pl kultura, vinci

W kolejnym spotkaniu w „Vinci” rozmawiałyśmy o kulturze w Bolesławcu, o jej kondycji, o krytyce instytucji kulturalnych. Pieniądzach, które należy na kulturę wydawać. O tym, jak samorząd powinien wspierać inicjatywy kulturalne w mieście. I jaki los może czekać duże i niedotowane imprezy miejskie: Gliniadę, Blues nad Bobrem czy działania w Concordii. Zaproszone panie wytypowały również najważniejsze działania kulturalne roku 2009.

Rozmówczynie

  • Anna Bober-Tubaj – dyrektorka Muzeum Ceramiki w Bolesławcu
  • Ewa Lijewska-Małachowska – dyrektorka Bolesławieckiego Ośrodka Kultury i Międzynarodowego Centrum Ceramiki
  • Halina Majewska – dyrektorka Miejskiej Biblioteki Publicznej
  • Danuta Maślicka – była dyrektorka Bolesławieckiego Ośrodka Kultury, radna pierwszej kadencji Rady Miasta, jedna z założycielek telewizji lokalnej w mieście, założycielka bolesławieckiej „Solidarności Nauczycielskiej” w 1980 roku
  • Ewa Ołenicz-Bernacka – radna Rady Miasta, nauczycielka w Gimnazjum Samorządowym nr 2, wolontariuszka i współorganizatorka Bluesa nad Bobrem.
  • Józefina Witas – księgarz, nagrodzona Ikarem (nagrodą branży wydawniczo-księgarskiej), właścicielka księgarni „Agora”, członkini Stowarzyszenia Via Sudetica, zaangażowana w promocję kultury wysokiej w Bolesławcu.
Od lewej stoją: Anna Bober-Tubaj, Danuta Maślicka, Halina Majewska, Józefina Witas. Siedzą: Ewa Lijewska-Małachowska i Ewa Ołenicz-BernackaOd lewej stoją: Anna Bober-Tubaj, Danuta Maślicka, Halina Majewska, Józefina Witas. Siedzą: Ewa Lijewska-Małachowska i Ewa Ołenicz-Bernackafot. Krzysztof Gwizdała

Grażyna Hanaf: Czy mamy w Bolesławcu kulturę przez duże K, czy małomiasteczkową kulturkę?
Ewa Ołenicz-Bernacka: Zanim padną odpowiedzi na to pytanie, czując się po części gospodynią, pozwolę sobie zauważyć, że na dzisiejsze spotkanie przybyły panie najważniejsze w bolesławieckiej kulturze (myślę, że dla większości powody tego stwierdzenia są oczywiste). To dobrze wróży nie tylko naszemu spotkaniu. Dowodzi, że kobietom zależy – chcą i potrafią prowadzić dialog. A to, co powiedziałam, choć może tak brzmieć, nie ma nic wspólnego z feminizmem.
Danuta Maślicka: Broniłabym się przed takim określeniem: „małomiasteczkowa kulturka”.
Anna Bober-Tubaj: Przypomnę słowa prof. Ajlikow-Czarneckiej: wszystko zależy od tego, co mamy w sobie.
Józefina Witas: Jest jedno i drugie.
Danuta Maślicka: Ja mogę popatrzeć z boku, jako odbiorca. Uważam, że w Bolesławcu jest wysoka kultura. Bardzo dużo się dzieje i instytucjonalnie, i poza instytucjami.
Józefina Witas: Ja też tak uważam. Oferta jest bogata, ale korzysta z niej mała grupa ludzi. Ci, którzy uważają, że się nic nie dzieje, zwyczajnie w niczym nie uczestniczą.
Ewa Lijewska-Małachowska: Byłabym ostrożna w takim podziale kultury. Każde działanie jest dobre. Krytyka może być budująca, kiedy coś w zamian proponuje. Najgorsza jest krytykowanie dla samego krytykowania.

Skąd bierze się krytyka wydarzeń kulturalnych w mieście?
Ewa Ołenicz-Bernacka: Krytyka dowodzi, że coś się dzieje. Pytanie o niską i wysoką kulturę było po prostu pytaniem prowokacyjnym, a mimo wszystko jakiś problem istnieje. Nie wiem, na ile jest duży i czy tylko dotyczy naszego miasta, czy też całej Polski. Jednak najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić, to mieszanie kultury z polityką. Na naszym lokalnym podwórku istnieją dziwne podziały, które mogą mieć coś wspólnego z opcjami politycznymi. Chciałabym na to zwrócić uwagę. Wydaje mi się również, że najtrudniejsze stanowisko, między innymi z tego powodu, ma pani Lijewska-Małachowska. Zawsze dyrektor BOK był chłopcem do bicia, nie wiem dlaczego….
Danuta Maślicka: Dlatego, że BOK był i jest traktowany jako instytucja usługowa względem samorządu-pracodawcy. Ja bym mogła podać mnóstwo przykładów na poparcie tej tezy.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Ale tak być nie powinno. Należy wzmocnić niezależność i niezawisłość dyrektora BOK.

Na internetowych forach pojawia się od czasu do czasu krytyka dofinansowania jedynie samorządowych instytucji kulturalnych. Internauci piszą, że pieniądze w takich ośrodkach idą na rachunki i utrzymanie marmurowych budynków, a nie na ludzi i artystyczne działania... A w ośrodkach nic się nie dzieje…
Ewa Lijewska-Małachowska: Odpowiem tak. Czterdzieści sześć tysięcy widzów w kinie w 2009 roku, ponad 30 koncertów, ponad 20 wernisaży i wystaw, 30 spektakli i kabaretów. Nie wiem, co to znaczy, że się nic nie dzieje...
Ewa Ołenicz-Bernacka: Najgorsze krytykanctwo to krytykanctwo bezpodstawne. Bez wątpienia zeszły rok obfitował w doskonałe koncerty, na przykład Stańki, Biczewskiej, Maleńczuka.

Czy w kulturze można mówić o sukcesie? Czym on jest: frekwencją, pochwałą w mediach, statusem zaproszonej gwiazdy?
Józefina Witas: Trudny temat. Miernikiem nie jest to, że przyjdzie na spotkanie tylko 30 osób. Ważne jest, kto był zaproszony, jaki był odbiór, jak się potem o tym dyskutuje. I to, że spotkanie zostawia ślad w słuchaczach.

Mamy takie czasy, że jak się nie zrobi szumnej reklamy, to nawet najlepsze i najbardziej wartościowe wydarzenie nie jest odbierane jako sukces. Czy wydarzenie kulturalne samo w sobie nie jest atrakcyjne?
Ewa Lijewska-Małachowska: O sukcesie możemy mówić, jeśli odniesie go artysta. Ja pytam, co chcę przekazać i kto będzie odbiorcą moich propozycji. Zorganizowaliśmy koncert rockowy „Stop narkomani” dla gimnazjalistów – zamiast kolejnej pogadanki. W ten sposób udało nam się dotrzeć do młodzieży. Dziewczyny piszczały, noszone były na rękach. Przekaz dotarł. Pani Ewa Ołenicz-Bernacka była na tym koncercie, jako wychowawca…
Ewa Ołenicz-Bernacka: …sama szalałam!
Ewa Lijewska-Małachowska: To miało sens, to jest sukces.
Józefina Witas: Ja robię to, co chcę. Nikt mnie nie nominował na moje stanowisko, nikt mnie z niego nie rozlicza. Dla mnie wartością jest danie czegoś wartościowego. Nie oceniam, czy to jest dla mnie sukces. A moje działania są zauważane bardziej na zewnątrz niż w Bolesławcu.
Danuta Maślicka: Dotykamy bardzo ważnej sprawy. Uznanie. Chodzi o uznanie dla osób, które, jak pani Witas, niczego nie muszą. Gliniada i działania w Concordii są takim przykładem. Ja to mogę powiedzieć wprost. Władze samorządowe, jakby miały jedno oko zamknięte, nie doceniają działań alternatywnych tworzonych wysiłkiem wolontariuszy. Gliniada, w moim odczuciu, zasłużyła na hiperekstranagrodę z tytułu promocji miasta w tym roku, nie ujmując niczego innym nagrodzonym. Połowa ludzi, którzy przyjechali do Bolesławca na Święto Ceramiki, przyjechała na Gliniadę.

Czy to byłby sukces? Uznanie przez samorząd?
Danuta Maślicka: Nie. Ale może wystarczyłoby jedno słowo dziękuję. Jego brak może zniechęcić. Każda aktywność pro publico bono powinna zostać dostrzeżona i doceniona. Tak się tworzy społeczeństwo obywatelskie.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Danusiu, ale ty mówisz o tym w kontekście jednej osoby (prezydenta miasta – przyp. red.), która powinna to dostrzec, a przede wszystkim docenić. Gdybyśmy jednak tę jedną kwestię odrzucili, to Gliniada jest uznawana, doceniana i odniosła sukces. Może trzeba cierpliwości, by jedna strona uznała drugą, a z pewnością więcej dobrej woli i mniej zacietrzewienia.
Józefina Witas: Mogę powiedzieć, że gościliśmy w księgarni Agora wielkie osobowości m.in. Małgorzatę Kalicińską, Maćka Kuronia, Tadeusza Różewicza, Jana Miodka, Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, Tymoteusza Karpowicza, który, goszcząc w kraju, odwiedził jedną tylko księgarnię: naszą. Czy to był sukces? Tak. Zadowolenie czytelników też jest dla mnie uznaniem. Jeżeli chodzi o samorząd, bez względu na to, jakie były władze, jeśli poprosiłam o to, bym mogła zrobić spotkanie w Pałacu Ślubów czy Sali Rajców, nigdy mi tego nie odmówiono. Dostawałam ten lokal za darmo.

Chciałam panie prosić o stworzenie rankingu najważniejszych wydarzeń kulturalnych roku 2009, jakie zadziały się w mieście.
Ewa Lijewska-Małachowska: Najtrudniej mówić o swojej pracy, jednak najważniejsze było Święto Ceramiki. Największe wyzwanie i rozmach. Starałam się nie wypaść gorzej i dla każdego coś znaleźć. Również wszystkie wydarzenia w BOK. Głównie koncerty: grupy Afromental, Biczewskiej, Ogólnopolski Przegląd Zespołów Rockowych „Rock Blok w Bok”, widowisko taneczne ,,Panny i wianki”, koncert fortepianowy ,,Chopin przyjechał” w wykonaniu wybitnych polskich pianistów. Wystawy: Bronisława Wolanina, Joto Giotto Dimitrowa, Dariusza Milińskiego, 45 Międzynarodowego Pleneru Ceramiczno-Rzeźbiarskiego. Festiwal Kultury Południowosłowiańskiej.
Halina Majewska: Zdecydowanie wysoki poziom czytelnictwa w Bolesławcu. Dzień po dniu odwiedza nas 300 osób, od rana do wieczora. Ludzie przychodzą dla przyjemności i dla nauki. Polacy czytają coraz mniej, a u nas wręcz odwrotnie. To sukces i satysfakcja dla zespołu. Chciałabym podkreślić działalność Dyskusyjnego Klubu Książki działającego od 2007 roku. Inicjatywa promowana i wspierana przez Instytut Książki oraz Polski Oddział British Council wywodzi się z tradycji anglosaskiej. Wybieramy literaturę z wyższej półki. Plus spotkania z autorami, pisarzami. Gościliśmy w 2009 roku Manuelę Gretkowską, Marka Krajewskiego, Jacka Pałkiewicza, Ewę i Wandę Chotomskie.
Anna Bober-Tubaj: Podsumowując, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Dla Muzeum i jego pracowników najważniejszym wydarzeniem było otwarcie Działu Historii Miasta i wystawa artystów Ziemi Bolesławieckiej. Sukces frekwencyjny to wystawa „Karkonoskie szopki bożonarodzeniowe”. A w moim prywatnym odczuciu znaczącym wydarzeniem jest pierwsza edycja „Rocznika Bolesławieckiego”. Sam fakt zaangażowania się w jego powstanie wielu osób z różnych środowisk.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Spektakl „Szaweł” Teatru Dramatycznego w Legnicy pokazany w Concordii. Wyjątkowy spektakl w wyjątkowym miejscu. W sumie wydarzenie ogromnej rangi. A poza tym mające miejsce w moim mieście. Nie musiałam z niego wyjeżdżać, by uczestniczyć w misterium teatru. Muszę powiedzieć też o Bluesie nad Bobrem. To, że odbył się w 2009, samo w sobie było wydarzeniem, bo jego istnienie jest zagrożone. To jedna z tych imprez, którą przygotowują amatorzy, młodzi wolontariusze, miłośnicy bluesa i samej imprezy. Dlatego też jest tak ważna.
Danuta Maślicka: Podzieliłabym wydarzenia na dwie grupy. Masowe i kameralne. Święto Ceramiki i Wiadukt Show, jako wydarzenia masowe. Spektakl „Szaweł” w Concordii, jako wydarzenie kameralne. Warto też podkreślić zjawisko, jakim jest Concordia jako miejsce działań artystycznych przyciągających młodzież. Miejsce opierające się na wolontariacie. Alternatywa. Przeciętny bolesławianin uważa, że Bolesławiecki Ośrodek Kultury musi robić imprezy. W Concordii nikt nic nie musi. Można by z powodzeniem połączyć te dwa miejsca i podjąć wspólne działania, zyskałoby miasto, a obie strony uznanie. Wysoko oceniam działalność Muzeum Ceramiki.
Józefina Witas: Dla mnie ważny jest „Rocznik Bolesławiecki”, bo będzie służyć potomnym. O Święcie Ceramiki zapomni się, chociaż było piękne. O Wiadukt Show też. Ale w „Roczniku...” mamy naszą historię dokumentującą te wydarzenia.

Jak chciałyby panie, by wspierano kulturę. Czy kultura musi na siebie zarobić?
Ewa Lijewska-Małachowska: Na zachodzie wiele zespołów nie da bezpłatnego koncertu. I jeśli w Niemczech organizuje się festyny, to zespoły na nich występujące nie są megagwiazdami.
To w Polsce jest tak, że prześcigamy się w jak najlepszych zespołach i artystach na święta miejskie. Jest to oczywiście okazja, by pójść na dobry koncert i nie zapłacić. Ale nie wszystko może być za darmo.

A co z tym zarabianiem na siebie?
Józefina Witas: Najważniejsze są pomysły. Ja bardzo często robię imprezy bez pieniędzy. Chociażby wystawy w oknach dla artystów…
Ewa Lijewska-Małachowska: Ale nie wyobrażacie sobie chyba panie robienia imprez bez pieniędzy. To są ogromne koszty logistyczne.

Jakie są więc idealne warunki, by rozwinąć kulturę?
Danuta Maślicka: Potrzebujemy przygotowanego odbiorcy.
Ewa Lijewska-Małachowska: Pomysły, kadra, odbiorca i miejsce. I pieniądze też.
Halina Majewska: Nam budynek nowy się kłania.

Co zrobić, by było więcej pieniędzy na kulturę?
Józefina Witas: Potrzeba rozumienia problemu przez polityków, bo to oni głównie dają pieniądze na kulturę. Nie ma tego zrozumienia, bo generalnie politycy nie mają takich potrzeb.

A co ze sponsorami? Chociażby duże kopalnie i zakłady w regionie?
Ewa Lijewska-Małachowska: My nie mamy problemu ze sponsorami. Jeśli jest to impreza nagłośniona, medialna, jak w przypadku Święta Ceramiki.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Powinny zatem znajdować się w budżecie pieniądze na wydarzenia o mniejszym zasięgu, niszowe, a przecież równie potrzebne i ważne, bo realizujące istotne społecznie cele, integrujące środowisko lokalne, a także (choć w mniejszym stopniu) promujące miasto poza jego granicami. Takie, które sponsora nie znajdą tak łatwo jak Święto Ceramiki.
Ewa Lijewska-Małachowska: BOK wypracowuje pieniądze. To, co zarobimy na kinie, przeznaczamy między innymi na organizację wystaw (drzeworytu japońskiego, która kosztowała niemało). Dopłacamy też do innych imprez. Tym oto sposobem możemy mniejsze imprezy sponsorować sami.

W przypadku Bolesławieckiego Ośrodka Kultury istnieje taki mechanizm pozwalający dofinansować imprezy niezarabiające na siebie. Bardzo się to chwali, że jest wykorzystywany. Ale co z takimi imprezami i organizatorami, którzy nie mogą zarobić? Choćby duża miejska impreza, jaką był Blues nad Bobrem.
Ewa Lijewska-Małachowska: Z tego, co pamiętam, Blues nad Bobrem był dofinansowany.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Nie chcę wypominać, ale była to przysłowiowa kropla w morzu. Sprowadzani do miasta artyści, których twórczość nie zawsze zaspokaja gusta szerokiej publiczności, otrzymują gaże w wysokości 30 i więcej tys. Blues nad Bobrem dostał 20 tysięcy na wszystko. To, że się go udało zrobić w zeszłym roku, to cud i efekt zaangażowania wielu wolontariuszy pod kierunkiem Łukasza Molaka. To także skutek umiejętności oraz popularności w środowisku muzycznym poza Bolesławcem pani Krystyny Juszkiewicz. Tak jednak nie można już robić imprez.
Józefina Witas: Pani Ewa poruszyła ważny problem. Kilka lat temu organizowałam ogólnopolski konkurs na limeryki. Dlaczego impreza padła? Bo nie dawałam rady, kiedy impreza rozwinęła skrzydła – nadesłano 2 tysiące limeryków, które jury musiało przejrzeć i ocenić za darmo.

Rozumiem, że problem polega na tym, że kiedy impreza się rozrasta, nie da się jej robić na duża skalę dzięki wolontariuszom. I dokąd wtedy iść po pieniądze?
Ewa Lijewska-Małachowska: Miasto ogłasza konkurs dla organizacji pozarządowych na organizowanie tego rodzaju imprez.
Józefina Witas: Nie było zbyt dużego zainteresowania ze strony władz miasta. Nikogo w mieście. Ja mam również inne zajęcia.
Ewa Ołenicz-Bernacka: Są takie imprezy, na które bez pisania wniosku są pieniądze, i takie, na które trzeba pisać wnioski. Machina biurokratyczna niestety wielu zniechęca, wymaga poświęcenia się, energii i czasu, a przecież ludzie, którzy przygotowują te imprezy społecznie, mają swoje zawodowe zajęcia, pracę, która ich na co dzień absorbuje.

Czy jest szansa, by komercjalizować tego typu imprezy. Limeryki można wydać, zrobić z nich własną markę i odzyskać pieniądze włożone w organizację?
Józefina Witas: To jest trudne.
Ewa Lijewska-Małachowska: Ja bardzo chętnie się zainteresuję i wejdę we współpracę, jeśli chodzi o limeryki. Słyszałam o nich same dobre rzeczy.
Józefina Witas: To był hit.
Anna Bober-Tubaj: Muzeum współpracuje z różnymi – polskimi, czeskimi oraz niemieckimi – stowarzyszeniami i instytucjami. Wspólnie powstają pomysły i razem piszemy wnioski. Są na to pieniądze. Trzeba tylko chętnych do współpracy.

Na zakończenie chciałabym też powiedzieć o wydarzeniu, które jest moim typem w tym roku. To wydanie książki przez panią Danutę Maślicką „Znikopis. Pamiętasz, była Solidarność…”
Ewa Ołenicz-Bernacka: Również chciałam o tym powiedzieć. Książka, no i parawany tworzone przez Danutę. Jej postawa pokazuje, że w tym wszystkim, co nazywamy kulturą, najważniejszy jest człowiek i jego nastawienie do tego, co nas otacza.
Anna Bober-Tubaj: Pani Maślicka jest aktywna również na spotkaniach redakcji „Rocznika Bolesławieckiego”.
Danuta Maślicka: Dziękuję za miłe słowa, których się nie spodziewałam. I na zakończenie chciałabym się podzielić znalezionym przeze mnie chińskim przysłowiem: Jeśli dajesz komuś różę, zapach róży zostaje na twojej dłoni. Każdy, kto przyszedł do kina, biblioteki, muzeum czy do księgarni, wyszedł z różą. I to jest rola ośrodków kultury, twórców kultury. A ten zapach, który pozostał na dłoni dającego, to nic innego jak satysfakcja, zadowolenie, że ktoś o coś został bogatszy. Zapach róży.

A on jest ulotny i niewidzialny, więc trudno na niego uzyskać pieniądze. Serdecznie dziękuję za spotkanie.


Panie były gośćmi kawiarenki Vinci w parku Waryńskiego. Dziękujemy za udostępnienie nam tego kameralnego wnętrza, zaaranżowanego z wielkim smakiem i pod egidą Leonarda da Vinci. Polecamy kawiarenkę wszystkim, którzy szukają miejsca oryginalnego, gdzie można wraz z przyjaciółmi doskonale spędzić czas. Vinci to idealny lokal na organizowanie imprez w gronie znajomych. Zapraszamy też w imieniu właścicielki na chilloutowe piątki.