Zawód: żołnierz, misja: Afganistan

Zawód: żołnierz, misja: Afganistan
fot. Michał Romańczuk Po wejściu Polski do NATO bolesławieccy żołnierze wyjeżdżają na misje wojskowe. Oficjalne doniesienia opisują wykonane zadania, operacje czy odwiedziny ważniejszych gości. A jak wygląda wyjazd do kraju objętego działaniami wojennymi w oczach żołnierza?
istotne.pl żołnierz, afganistan, misja

O swojej półrocznej misji w Afganistanie opowiedział nam żołnierz z Jednostki Wojskowej w Bolesławcu. Wyjazd na misję to decyzja podejmowana samodzielnie. Misja w kraju, gdzie trwa wojna, jest dla żołnierza sprawdzeniem samego siebie – jako zawodowca, przyjaciela, człowieka. Bywa tak, że zimny i nieprzyjazny kraj zostanie w mężczyźnie na zawsze. Jako miejsce, o którym mówi z szacunkiem; kraj wroga, akcji wojennych, bosych dzieci biegających po śniegu oraz targów, na których ludność tubylcza sprzedaje wyrabiane przez siebie ozdoby.

Wyjazd na misje jest poprzedzony szkoleniem, które ma za zadanie nauczyć żołnierzy obsługi sprzętu używanego w kraju docelowym oraz zgrać grupę wyjazdową. Techniczne umiejętności i poznanie broni, którą się będzie obsługiwało, jest najłatwiejszym etapem. Ludzki charakter to coś, co należy rozszyfrować. To, jaki jest partner i na co go stać, przekłada się na to, czy w stresie przeładuje broń i zajmie odpowiednią pozycję, czy pozostanie w ukryciu sparaliżowany przez stres. Podczas szkolenia ważna jest obserwacja, jak kolega podchodzi do wykonania najprostszych czynności. Czy nie uważa się za zbyt ważnego, by wykopać dół czy pociągnąć kable. Jego duma może zagrozić życiu innych.

Według oceny żołnierzy, poligon przygotowuje do wyjazdu w około 60 procentach. Na to, na co nie da się przygotować, to warunki atmosferyczne, obcość kraju i to, co wychodzi z ludzi w trakcie misji. Cechy charakteru, których na poligonie w Trzebieniu nie dało się poznać. Jedną z nich jest pazerność na pieniądze. Liczenie zadań płatnych, które wykonał kolega i pretensje o to, że zarabia się mniej.

Po kilkumiesięcznych szkoleniach transportuje się grupę do bazy w Afganistanie. Trwa to nawet kilka dni. Z przesiadkami i noclegami w bazach tranzytowych. Najlepiej myśleć, uważa nasz rozmówca, że jest się przygotowanym najlepiej jak można, a to, co się stanie na miejscu, będzie się oceniać na bieżąco.

Po przyjeździe do afgańskiej bazy docelowej szokuje perfekcyjna amerykańska organizacja życia na miejscu. Transport, obsługa stołówki. Kultura i szacunek, jakim darzą się żołnierze. Wracając do bazy po patrolu ma się wszystko zapewnione. Odpoczynek, prowiant, kontakt internetowy z bliskimi.

Jednym z pierwszych zadań bolesławianina była warta na wieży. Czterogodzinna obserwacja. Kontrolowanie, kto zbliża się do obozu. W dzień było znośnie. Dobra widoczność. Ale noce były złe. Ciemne, tak że nawet z noktowizorem niewiele można było dostrzec. Grupa z Bolesławca podzieliła się. Żołnierze określili swoje prywatne sympatie, ale razem dotarli się tak, że podczas wykonywania zadania działali jak jedna osoba. Nigdzie, tak jak w Afganistanie, nie mieli świadomości, że w pojedynkę nic nie znaczą.

Wytłumaczenie, czym jest poczucie stałego zagrożenia, komuś, kto nigdy go nie odczuwał, jest najtrudniejsze. Wojna bez regularnej bitwy jest trudna do opisania. Wróg bez munduru wymyka się prostej ocenie. To może być afgański chłop, którego pilnuje się podczas pracy w bazie. Miły i sympatyczny, który szuka kontaktu i pozdrawia po angielsku krótkim „Hello, how are you?”. Wróg, który może podłożyć ładunek wybuchowy lub sprzedać informację na temat bazy. Wróg, który nagle staje się ofiarą. Jak dwaj afgańscy traktorzyści, którzy przyszli, jak inni tubylcy, zarobić w bazie na życie dla swoich rodzin. Pracowali jeden dzień. Nazajutrz ich głowy podrzucono pod bramy obozu. Aby pokazać, że wrogiej armii się nie pomaga. Ludność cywilna związana jest z talibami albo terrorem, albo więzami rodzinnymi lub plemiennymi. Jak więc myśleć o biednych rodzinach, które w najcięższą zimę, w kamiennym domku palą w piecu przez chwilę rano i wieczorem? Wróg czy ludność cywilna? O ich dzieciach ubranych w szmaty i boso wypasających kozy, które jak szarańcza wyjadają marne trawy wokół bazy? O drobnych rzemieślnikach, którzy na targu sprzedają ozdoby i inne wyroby wykonane ręcznie, by zarobić na dzienny posiłek? O ludziach, którzy mimo cywilizacyjnego rozwoju pozostali na etapie tak głębokiego zacofania i biedy, że najbiedniejsza osoba w Polsce byłaby dobrze sytuowana w afgańskiej wiosce. Żołnierz myśli o tubylcach otaczających bazę. Obok łóżka zawsze w pogotowiu trzyma się karabin, kamizelkę kuloodporna, nóż – wszystko co niezbędne podczas ataku, kiedy trzeba się bronić lub ewakuować.

Kiedy się wraca do Bolesławca po misji w Afganistanie, jest się wdzięcznym. Za dobrobyt, posiłek, rodzinę, spotkania z przyjaciółmi, spacer po lesie, zieleń. Misja potrafi dać żołnierzowi pewność, że się sprawdził w swoim zawodzie, że podołał. Może też powtórnie wezwać do powrotu tam, gdzie stawia się dwumetrowe mury chroniące przed burzami ze śniegu i piasku, zasieki z kolczastego drutu chroniące bazę. Gdzie brak dróg, a te które rozjeżdżają samochody, znikają po kilku miesiącach. Gdzie klimat i ziemia nieprzychylne są ani żołnierzom, ani Afgańczykom. Tak jak wojna.