Szef Szafexu/Jagody o upadku firmy

Szef Szafexu/Jagody o upadku firmy
fot. Grażyna Hanaf Po artykule „Bolesławieckie kuchnie widmo” zgłosił się do nas właściciel firmy, by opowiedzieć swoją wersję. Część zamówień realizuje, resztę klientów spłaci. Nie ucieka przed odpowiedzialnością.
istotne.pl kuchnie, jagoda, szafex

Wojciech nie wyjechał do Niemiec czy Anglii. Nie zamierzał też bawić się za pieniądze klientów w ciepłych krajach. Jak mówi, jego mikroprzedsiębiorstwo, które założył w 2000 roku, wykrwawiło się. Przyczyną, jaką podaje, był kryzys branży meblarskiej i brak jakiejkolwiek pomocy dla małych przedsiębiorstw w czasie recesji. Nie usprawiedliwia się. Wie, że zawiódł wiele osób. Rozumie, że ludzie są na niego źli. Jego klienci dostaną pismo z kancelarii prawnej z zapewnieniem, że spłaci pobrane zaliczki.

Mały sukces w cieniu wielkiego kryzysu

Dla firmy meblarskiej Wojtka rok 2008 był złotym okresem. Przeniósł się na ulicę Garncarską, gdzie wynajął dwa duże pomieszczenia. Sklep i stolarnię. Zatrudnił 8 osób. Pracownicy, jak mówi, dostawali wysokie wynagrodzenia. Zrealizowali 14 kuchni i 9 szaf. Przedstawiciele handlowi chwalili jego firmę za prężne funkcjonowanie. Budowała się baza stałych klientów. Właściciel stawiał na indywidualne podejście do klienta i wysoką jakość usług i materiałów.

Wojciech oczywiście słyszał o recesji w branży meblarskiej. Duże firmy cienko przędły. Problemy gigantów meblowych sprzyjały rozwojowi małych firm, bo nie dotykały ich kłopoty ze spadkiem zamówień odbiorców w Unii Europejskiej. I jeszcze nie dotyczyła ich zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Ale prognozy były złe. Banki odmawiały kredytowania. Po dużych miały bankrutować małe firmy.

Lata chude

Kolejny rok, mimo dobrej koniunktury, był zły. Właściciel opowiada, że zaczął od zwolnienia pracowników. Wiosną dwóch, po kilku miesiącach kolejnych dwóch. Tak pozbył się połowy zespołu. W 2009 roku upadłość ogłosił poznański Swarzędz. Pisano o złym zarządzaniu, ale w branży była stagnacja. Rynek nakręcany był przez właścicieli nowych mieszkań. A te przestały powstawać. Statystyczny Polak zaś wymieniał meble rzadko, raz na 15-20 lat.

Wojciech mówi, że próbował się ratować, myślał o kredycie. Ale nie miał szans. Banki oceniały branżę meblarską za najbardziej ryzykowną. Odmawiały kredytu. Nie jest pewny, czy ten kredyt byłby szansą na utrzymanie firmy. Dziś zastanawia się też nad tym, jakim był menadżerem, czy dobrze zarządzał ludźmi i gdzie popełnił błąd.

Jak się wali, to wszytko

Pod koniec zimy 2010 roku do sklepu wpadł niezadowolony z opóźnień i zdesperowany klient. Właściciel firmy opowiada, że wyniósł ze sklepu sprzęt AGD. Możliwe, że miał być zabezpieczeniem na poczet nieskończonej kuchni. Wojciech przyznaje, że opóźnienia w realizacji zamówień były nawet kilkumiesięczne. Klienci się wściekali. On sam pracował praktycznie bez przerwy. Zabranie piekarników przez klienta zgłosił jako kradzież. Sprzęt odzyskał. Mówi, że skończył dla tego klienta kuchnię, ale nie otrzymał zapłaty do dziś. Tak samo postąpiło dwoje innych osób. Za opóźnienie w realizacji umowy odmówili zapłaty. Wojciech obliczył swoje straty na 13 tysięcy złotych.

Wiosną runęło mu życie osobiste. Opowiada, że prędzej spodziewałby się wizyty papieża w Bolesławcu, niż kłopotów rodzinnych. I że to one właśnie sparaliżowały jego działania. Opowiada, że nie wiedział, jak postawić kolejny krok wśród ruin. To był dla niego szok. Pojawił się też zły doradca. Wojciech uważa, że wszystkie rady obróciły się przeciwko niemu. Zorientował się dopiero w lipcu, że może liczyć jedynie na siebie. Była znów praca po nocach, jak opowiada, ponad siły. Duma przeszkadzała prosić o pożyczki. Jak trzeba było się zwrócić o pieniądze, nawet do najbliższych, chodził struty kilka dni.

Think small first

„Myśl najpierw o małych” – to hasło unijnych parlamentarzystów, którzy tworząc prawo deklarowali pomoc dla mikroprzedsiębiorstw w czasie kryzysu. Wojtek mówi, że próbował z takiej pomocy skorzystać. Kontaktował się z firmą w Jeleniej Górze, która pomaga w zdobyciu dotacji unijnych. Po zapukaniu do wszystkich drzwi, uważa, że ta pomoc, to bzdury. Pomagają, ale takim, co nie mają zaległości ani w ZUS, ani w Urzędzie Skarbowym. I posiadają zdolność kredytową. Po co pomagać – zastanawia się gorzko – w takiej sytuacji, kiedy ma się płynność finansową?!

Z prawie dwudziestu niezrealizowanych umów, obiecuje, że skończy trzy. Resztę zamierza spłacić. Z pomocą kancelarii prawnej wystosował pismo do swoich wierzycieli. Zapewnia w nim o zwrocie zaliczek. Wciąż pracuje. Na pytanie, dlaczego nie odbierał telefonów od przestraszonych jego zniknięciem klientów, odpowiada: – Zawiodłem tych ludzi. Wszystko mi runęło na głowę. Nie wiedziałem, jak mam żyć, co mówić. Działałem po omacku. Klienci mają prawo być źli. Nie wybielam się. Chcę zapewnić, że będę realizował swoje zobowiązania.

(informacja Grażyna Hanaf)