Policjanci i chuligani w Iwinach

Policjanci i chuligani w Iwinach
fot. B.org Ludzie mieli dość chuliganów rządzących Osiedlem II oraz policjantów, którzy jedynie ich upominali. Jedna z kobiet zmobilizowała innych, by się postawili. Zagrożono jej workiem plastikowym i wywiezieniem do lasu.
istotne.pl policja, iwiny, burda

Mieszkańcy Osiedla II opowiadają, że wzywani policjanci z posterunku w Warcie Bolesławieckiej przyjeżdżali do Iwin za każdym razem. Na sam odzew nie narzekają. Ale, jadąc do urządzających libacje alkoholowe i walki psów mężczyzn, stróże prawa syreny włączali kilka kilometrów wcześniej. Skutkowało to tym, że młodzieńcy zawsze zdążyli wszystko uprzątnąć i ze skruszoną miną patrzyli na grożący palec władzy. Radiowóz odjeżdżał ze stróżami, którzy odfajkowali interwencję, a główny organizator libacji, Jacek (lat 25), latał po osiedlu jak wściekły i szukał „tego, kto zadzwonił po psy”. Prowadził własne śledztwo, skuteczne na tyle, że kiedy wytypował sobie osobę dzwoniącą, stawiał sprawę jasno. – To musiałaś być ty! Już nie żyjesz! – mówił do samotnie mieszkającej sąsiadki.

Zastraszani sąsiedzi znosili to prawie cztery lata. Prawdą jest również to, że z chuliganami niektórzy z nich są spokrewnieni. A na bliskich trudno donosić. Dlatego starali się to zrobić tak, by wszystko zostało w rodzinie.

Co się czepiasz, ciotka

W grudniu 2010 roku, około godziny ósmej wieczorem, Jacek w mieszkaniu rodziców urządził imprezę. Muzyka była tak głośna, że mieszkający nad nim wujek z ciotką nie słyszeli własnych myśli. Takie imprezy zdarzały się często. Wujek szedł na ranną zmianę do pracy. Już się położył, bo wstawał około trzeciej nad ranem. Oboje traktowali Jacka dobrze. Ciotka zeszła, by grzecznie poprosić o ściszenie sprzętu grającego. Pamiętała, jak woziła dwuletniego Jacka w wózku, sama mając lat naście. Pomagała mu w pierwszej klasie uczyć się alfabetu. Upominała go jak młodszego brata. Słyszała wtedy, że się czepia. Mówił, że jest stara i nie zna się na młodzieżowej muzyce, której należy słuchać głośno.

Tego wieczoru prośby nie poskutkowały. Wróciła do mieszkania i stwierdziła, że muzyka jest głośniejsza niż przed interwencją. Mąż się obudził. Zbiegł na dół wściekły. Pobiegła za nim. Zobaczyła, że kolega Jacka go trzymał, a Jacek okładał. Sprawę zgłosili na policję. Po dwóch dniach przyszła do niej matka Jacka, by ich ostrzec, że syn chce się za donos zemścić. Usłyszała, jak z kolegami planują napaść na mężczyznę, wyznaczyli już datę. Nad ranem w najbliższy weekend, kiedy szedł do pracy.

Plastikowy worek na głowę i utopimy

Kilku dwudziestolatków nie tylko piło i głośno słuchało muzyki lub popisywało się możliwościami swoich samochodów pod blokiem. Osiedle II było dobrą złodziejską kryjówką, prawdopodobnie ze względu na rodzinne powiązania. Ciotkę czy wujka się postraszyło i miało się spokój. Nawet policja wydawała się podchodzić z niedowierzaniem do donosów.

– Mówiłam na policji, że w chlewiku przy bloku była dziupla, pod psią budą narkotyki zakopane w butelce – mówi kolejna ciotka Jacka, Irena. – Mieli tam drzwi z produkcji, nowiutkie i silniki, felgi aluminiowe, nowe koła. Widziałam, jak wszystko powynosili. Zadzwoniłam na policję. Jak wreszcie przyjechali, niczego już nie było. Dziupla czysta.

Dociekliwość Ireny zaczynała być niebezpieczna, bo chuliganów doprowadzała do szałuDociekliwość Ireny zaczynała być niebezpieczna, bo chuliganów doprowadzała do szałufot. Grażyna Hanaf

Dociekliwość Ireny zaczynała być niebezpieczna i młodzieńców doprowadzała do szału. Kobieta szybciej niż policja wyśledziła, gdzie wywieźli skradziony z pobliskiego tartaku silnik od dmuchawy. Policjanci wypełniali wciąż raporty o kradzieży, a Irena kawę piła pod blokiem z sąsiadką i wypatrzyła, że jej sąsiedzi wiozą na pace samochodu, coś jak silnik. Zadzwoniła w dwa miejsca i przypomniała sobie, że pod Grodźcem jest skup złomu. Pojechali z okradzionym właścicielem stolarni. W książce przyjęć skupu widniało nazwisko sąsiada z bloku Ireny. Silnik, to znaczy, to, co z niego zostało, odnalazł się.

Irena wiedziała też kto napadł na 78-latkę, zepchnął ją w biały dzień z roweru i ukradł portfel. Poszkodowana widziała jedynie, że miał czarną kurtkę i biały kaptur bluzy. Irena znała jego nazwisko i to, że niekarany dotąd brat złodzieja wziął na siebie winę. Potrafiła bez strachu wskazać sprawców. Dlatego została nazwana policyjną suką i donosicielką. – Idzie kurwisko jedne – usłyszała przechodząc koło dwudziestolatków. – Chodź, włożymy suce worek na łeb i wywieziemy, utopimy – zaproponował kolegom jeden z nich, tak by kobieta dobrze go usłyszała.

Irena pojechała na posterunek do Warty Bolesławieckiej i zgłosiła groźbę na policję. Mówiła, że się boi, chce, by policja postraszyła chuliganów. Twierdzi, że przyjmujący ją policjant zbagatelizował sprawę. – A ja wiem, jak to zrobić? – miał odpowiedzieć jej funkcjonariusz. – Mam tych na posterunku w Warcie za nic – kobieta jest wściekła z bezsilności, bliska łez. Mieszkańcy Osiedla II twierdzą, że policjanci z Warty boją się u nich interweniować. Na dowód ludzie opowiadają o napadzie na posterunek.

Napad na posterunek w Warcie

Z opowieści mieszkańców wynika, że kiedy w zeszłym roku podczas jakiejś imprezy osiedlowej aresztowano niejakiego Golę, kompani postanowili go odbić. Jacek, jego siostra i chłopak nazywany „Dzieckiem szczęścia” mieli się skądś dowiedzieć, że na posterunku jest tylko jeden młody policjant. Mieszkańcy nie są pewni, ale mówią o tym, że dziewczyna zerwała kamery, rynnę, piorunochron. Policja ujęła chuliganów. Odbyła się sprawa. Podobno mężczyźni dostali wyroki w zawieszeniu. Dziewczynie zasądzono nadzór kuratora i karę pieniężną.

Policja oficjalnie przyznaje, że taki incydent miał miejsce w zeszłym roku. Nie nazywa tego jednak napadem, ale zniszczeniem mienia. – Policjanci zabrali na posterunek tego dnia, z Osiedla II w Iwinach, dwie osoby, m.in. po to, by zbadać je alkomatem – wyjaśniła, zapytana o zdarzenie, rzeczniczka policji Adriana Szajwaj. – Ich kompani zostali oskarżeni o uszkodzenia mienia, bo przybywszy na posterunek, wyrwali metalową wycieraczkę i, uderzając nią w drzwi wejściowe, uszkodzili je. Przewrócili też śmietnik. Nie był to w żadnym wypadku napad na posterunek.

Irena mówi dość

To właśnie Irena się postawiła. Powiedziała, że tym razem nie będzie na policję chodzić sama. Zebrała podpisy dziesięciu sąsiadów, w tym matki Jacka, i zaniosła pismo do prokuratury. Postępowanie w tej sprawie toczy się od 14 stycznia 2011 roku, przesłuchiwani są świadkowie. Prokurator potwierdza, że wszyscy wymienieni przez mieszkańców osiedla mężczyźni są dobrze znani policji i byli wcześniej karani.

– Matce Jacka powiedziałam, jak nie chcesz syna zmarnować, podpisz się pod listem do prokuratora – mówi Irena. – Ja chcę to w końcu ukrócić, tak dalej być nie może. Znam tę rodzinę, jesteśmy dziećmi dwóch braci. Pradziadek Jacka to słynny złodziej z lwowskiej szkoły. Nikt go na niczym nie przyłapał, a wujeczna babcia miała w domu w powojennych czasach wszelkie dobra. Jacek – jego prawnuczek – do pięt mu nie dorasta. Zwykły chuligan.

Jacek po złożeniu pisma do prokuratora i wszczęciu postępowania wyjechał do Bolesławca do babci. Jednak po kilku tygodniach wrócił do Iwin. Znów urządza burdy. Mieszkańcy się go boją.

(informacja ii)