Feministka Maria de Mattias

Feministka Maria de Mattias
fot. Krzysztof Gwizdała Patrzę bezradnie na to, jak w roku wyborczym Kościół Katolicki w Polsce symbolicznie podbija kolejne miasteczka. Ustanowienie świętej Marii de Mattias patronką miasta i bogate obchody drugiej rocznicy, to prostacka zagrywka polityczna. Widać to, chociaż zagłuszają ją koncerty na cześć, bicie dzwonów oraz podniosła atmosfera religijna.
istotne.pl kościół, maria de mattias

Takie konkwistadorskie praktyki władzy i kościoła rodzą bunt. Mówi o tym ulica, wpisy na forach internetowych są wręcz agresywne. Drugą rocznicę ustanowienia Marii de Mattias patronką Bolesławca obchodzimy jednak, czy tego chcemy, czy nie, w sposób, jaki został uznany za najlepszy – hucznie.

To służenie władzy, nie służy świętej. Nikogo nie obchodzi jaka była Maria de Mattias. Oczywiście podczas uroczystości padły Wielkie Słowa charakteryzujące świętą: miłująca Jezusa Chrystusa, katechizująca zgodnie z wolą i przyzwoleniem Kościoła i inne takie formułki, które dawno przestały na kogokolwiek działać. Jednym uchem wpadają, innym wypadają.

Nikt nie powie, że Maria de Mattias była kaznodziejką, że pragnęła się uczyć i potrafiła zrealizować swoje marzenie w czasach, kiedy kobiet nie dopuszczano do szkół. A kiedy już założyła swoje własne szkoły, to kogo w nich uczyła? Dziewczęta. Bo chciała uchronić chętne do nauki kobiety od życia, na jakie skazywało je ówczesne społeczeństwo – bez nauki i kontaktu ze światem zewnętrznym.

To była pierwsza dekada XIX wieku. Maria zamknięta w domu, tylko dlatego, że była kobietą, czytała Pismo święte, jedyną dostępną dla niej książkę, i czekała na ewentualne zamążpójście. Była inteligentna, pochodziła z zamożnej rodziny i z opisów wynika, że miała otwartego na jej pragnienia ojca. Pozycja ekonomiczna i rodzic spowodowali, że nie została żoną Marysią z dziesiątką dzieci, o której Kościół nigdy by nie wspomniał. Zakon lub małżeństwo – tylko tak mogła wybierać Maria jeszcze dwieście lat temu.

W dziewiętnastym wieku kobietom pragnącym wiedzy jedynie życie zakonne dawało możliwość rozwoju intelektualnego. Maria mogła zostać matką i żoną, ale wybrała bycie nauczycielką. Była inna. I sprzeciwiła się wszystkiemu, co ją otaczało. Zmieniła rzeczywistość. Otworzyła ponad siedemdziesiąt wspólnot, a w każdej z nich uczyła kobiety. Przemawiała w kościele. W jednym z listów opisała historię, kiedy kanonik nakazał jej milczenie, bo w kościele kobiety nie powinny mówić. Zamilkła więc, choć słowa księdza ją rozbawiły. Nie przyjęła do świadomości, że to zabronione. Ona uważała, że obie płcie są równe i liczy się jedynie to, co mówi, a nie to, że nie jest mężczyzną. Zamilkła i czekała. Ludzie poprosili o to, by kontynuowała kazanie, więc kanonik spełnił prośbę wiernych.

Maria de Mattias przemawiała w kościołach i zakładała szkoły dla kobiet. Tak budziła się rewolucja w sercu Kościoła. Kiedy poznałam jej historię, polubiłam tę rozmiłowaną w wiedzy, mistyce i Jezusie Chrystusie feministkę. Chciałabym, by dzisiaj napis na jej grobie: „Suche kości słuchajcie słowa Pańskiego” skierowany został do Kościoła w Polsce, coraz bardziej wyzutego z życia i usychającego z potrzeby władzy.

Grażyna Hanaf