Kolos na glinianych nogach

Kolos na glinianych nogach
fot. Krzysztof Gwizdała Bolesławiecka Gliniada – wspaniała impreza z ogromnym potencjałem – stoi na dwóch kruchych nogach. Jedną z nich jest problem, za czyje pieniądze i jak Gliniada ma promować miasto, drugą jest robienie z parady sprawy politycznej.
istotne.pl gliniada

Pierwsza gliniana parada przeszła ulicami Bolesławca w sierpniu 2007 roku. Z założenia miała promować miasto. Miała być dobrą zabawą dla bolesławian i turystów przybyłych na Święto Ceramiki. Inicjatorem pomysłu Gliniady było stowarzyszenie Via Sudetica. Ale twarzą Glinoludów został radny miejski Bogusław Nowak.

Wydarzenie ma ogromny potencjał i staje się jedną z najciekawszych atrakcji Święta Ceramiki. Atutami Gliniady są otwartość i spontaniczność. Parada przyciąga wszystkich. Zupełnie naturalnie paradują w niej bowiem nastolatki i osoby w dojrzałym wieku. Nie ma różnic ani podziałów. W glinianych kostiumach idą obok siebie single, mamy w ciąży, małżeństwa, dziadkowie z wnukami, rodzice z dziećmi, indywidualiści i oryginały. Wydarzenie łączy na wielu płaszczyznach. Uczestniczą w nim bez skrępowania osoby z Monaru czy rodzice z dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo. W glinianym kostiumie wszyscy są sobie bliscy i akceptowani. A co najważniejsze – wszyscy stają się wyjątkowi. Śmiało można powiedzieć, że Gliniada rozwija poczucie wspólnoty. Buduje miejską społeczność. Pozwala na robienie czegoś wspólnie dla siebie i jednocześnie dla miejsca, w którym się żyje. Bolesławianie aktywnie promują swoje miasto. Nie robi się tego za nich z urzędu. Mieszkańcy mają wpływ bezpośredni na wzbogacenie Święta Ceramiki. To nieoceniona wartość Gliniady. Organizacja takiego przedsięwzięcia to duże koszty. I tu zaczynają się problemy. Kto ma zapłacić za promocję miasta przez obywateli?

Pułapka promocji

Mamy w Bolesławcu wciąż nierozwiązane problemy z promocją. Ciągle nie możemy sobie odpowiedzieć jasno na pytanie: czy należy z urzędu wspomagać finansowo prywatnych przedsiębiorców promujących miasto? A jeśli tak, to za co dokładnie i jakimi kwotami należy ich wesprzeć, by nie było to za każdym razem: co łaska od prezydenta.

W tę pułapkę promocji wpadła nie tylko Gliniada. Jednym z przykładów jest „Konkurs na limeryk” organizowany przez księgarnię Agora i stowarzyszenie Ziemia Bolesławiecka. Impreza rozwijała się przez cztery lata, by w roku największej prosperity zawiesić działalność z braku funduszy i wsparcia ze strony miasta. Konkurs miał ogromną popularność i prestiż. W jury zasiadali profesorowie, znani pisarze i publicyści. Koszty imprezy rosły proporcjonalnie do wzrostu popularności i prywatny przedsiębiorca nie był w stanie podołać sam finansowaniu wydarzenia. Wtedy jednak nikt tak jasno nie podkreślał, że ogólnopolski „Konkurs na limeryk” promuje miasto.

Drugim przykładem jest „Blues nad Bobrem”, przez dwadzieścia lat promujący Bolesławiec. Z braku porozumienia z władzami miasta stowarzyszenie organizujące festiwal poszukało innej lokalizacji i po raz pierwszy warsztaty, przegląd i koncerty zorganizowane zostaną na zamku w Kliczkowie.

Via Sudetica, tworząc Gliniadę, starała się uniknąć tego problemu. Od początku twórcy parady podkreślali, że promocja miasta jest przedsięwzięciem dochodowym. Gliniada zaś promuje Bolesławiec z wyjątkową skutecznością. Zażądali bez ogródek wydatkowania na ich rzecz części pieniędzy przeznaczanych na promocję miasta. Glinoludy wyciągnęły ręce po pieniądze, a urząd miasta musiał się jakoś określić. I podszedł do tego interesu jak dobry Żyd. Ja wam dam coś, a wy mi dacie coś w zamian. Na skutek tej niepisanej umowy handlowej podczas drugiej i trzeciej Gliniady prezydent pokazał się w jej kulminacyjnym punkcie – udzielił ślubu Glinoludom i wystąpił przed kamerami telewizji ogólnopolskich przybyłych na to wydarzenie. W zamian Gliniada została dofinansowana z publicznych pieniędzy.

Gliniada umoczona politycznie

Parada Glinoludów miała od zawsze lidera politycznego. Chociaż bezpartyjny, Bogusław Nowak (zwany ojcem-założycielem Gliniady) jest radnym. Radnym, który był od początku kariery samorządowej w opozycji do prezydenta. Nie da się ukryć, że oddanie pałeczki prezydentowi podczas imprezy autorskiej Nowaka nie było radnemu w smak. Ale nie tylko jemu, bo wielu organizatorów Gliniady podziela antypatię bezpartyjnego radnego startującego z listy Platformy Obywatelskiej. Organizatorzy parady, Via Sudetica, zaczęli więc flirt ze starostwem, zdecydowanie bliższym ich politycznym sympatiom.

Finansowanie Gliniady oparte na aliansach politycznych jest jednak tak kruche, jak sympatie polityków w roku wyborczym. Trzeba na nie uważać. Szczególnie, że liderem Gliniady jest radny Nowak – osoba, która ma silne ambicje polityczne. Na początku roku grał nawet chęć kandydowania na prezydenta miasta. Jego zapał wygasł dopiero po artykule „Wrzaski w Paryskiej” Daniela Biernata, który ukazał się w prezydenckiej gazecie. Nowak musiał się skoncentrować na zachowaniu własnego biznesu, z którego zresztą finansowana jest Gliniada. Artykuł mówił o tym, że do uważanej za kulturalną Piwnicy Paryskiej, restauracji radnego Nowaka, chodzą agresywni pijacy, a mieszkańcy ulicy domagają się pozbawienia właściciela koncesji na alkohol, by ukrócić „wrzaski, piski i rzygowiny” serwowane im przez bywalców lokalu.

Jeśli jednak nie na prezydenta miasta, to na radnego Nowak z pewnością będzie kandydował. Bycie twarzą popularnej i bardzo lubianej przez mieszkańców imprezy da mu na pewno potrzebną ilość głosów. Czy to nie zaszkodzi Gliniadzie? I czy temu ma ona służyć? Zobaczymy po wyborach oraz w kolejnych latach, jeśli impreza się odbędzie.

Na złość prezydentowi wypromuję to miasto

Wielka parada Glinoludów coraz częściej zamienia się w małą trupę, która wyjeżdża na różne imprezy. I nie ma już nic wspólnego z tą spontaniczną paradą miejską, którą oglądamy każdego sierpnia od trzech lat.

W 2009 roku zaczęły się wyjazdy kilkunastu Glinoludów na lokalne imprezy w Polsce. Na zlot samochodów amerykańskich, biesiadę europejską do Wrocławia czy Turniej Rycerski do Malborka (pierwszy wyjazd Glinoludów opłacony przez zapraszających). Kilkoro Glinoludów wyjechało nawet do Paryża, ale była to bardziej oryginalna wycieczka niż jakakolwiek akcja związana z promocją miasta czy samą Gliniadą.

Za granicą Glinoludy robią wrażenie, ale najwięcej turystów przyciągają, gdy paradują w BolesławcuZa granicą Glinoludy robią wrażenie, ale najwięcej turystów przyciągają, gdy paradują w Bolesławcufot. Krzysztof Gwizdała

W 2010 roku kilkunastoosobowa grupka Glinoludów własnym sumptem wyjechała na paradę 3 maja do Chicago. Na paradzie Polonii wystrojone w bogate suknie i peruki Glinoludy niczym nie nawiązywały do Bolesławca, oprócz trzymanego banera reklamującego nasz powiat, co się oczywiście chwali. Grupa ta prezentowała się w licznych miejscach ważnych dla Polonii. Reklamując m.in. sklep, który sprzedaje w Chicago ceramikę z Bolesławca. Na ręce przewodniczącej Rady Miasta wpłynął list chwalący Glinoludy. Właściciel sklepu „Dom itp.” w Chicago, Jan Krynski, napisał, że Glinoludy zrobiły furorę za oceanem i promowały Bolesławiec oraz ceramikę bolesławiecką. Pisały o nich ważne gazety i portale internetowe. List swój kończy słowami: „Zazdrościmy Wam, że macie taki Zespół w Waszym mieście, który tak świetnie może promować miasto Boleslawiec w świecie. Jak to się mówi po amerykańsku są warci »any penny« (tłum. red. każdych pieniędzy, każdego grosza)”.

Grupa pod wodzą Bogusława Nowaka za ten wyjazd i promocję Bolesławca słono zapłaciła z własnej kieszeni. Czy przejście w paradzie Polonii w Chicago promuje nasze miasto? Oczywiście, że tak. Ale czy Bolesławiec odczuje w jakikolwiek sposób tę promocję? Ile osób z Chicago wybierze się do Bolesławca? Nie wiadomo. Czy przedsiębiorcom, którzy osobiście się wybrali za ocean, przybędzie kilku amerykańskich klientów więcej? Wątpliwe.

Czy przypadkiem nie jest to znów inna wersja „promocji za jeden długopis”? Tylko w tym wypadku z wielką pretensją do prezydenta, mówiącą: „Spójrz, świat nas chce, a Ty nie”. Chce nas Chicago, Paryż, Schengen, a Bolesławiec się na nas wypiął. Taki przekaz niosą ze sobą organizowane wyjazdy glinianej grupy objazdowej.

Gliniado, stand by me

Gliniado, zostań przy nas, zostań w mieście – chciałoby się zawołać po amerykańsku. Nie rozmieniaj się na drobne. Parada Glinoludów ma swoje środowisko, kontekst i dom. A to wszystko jest w Bolesławcu. I chociaż ma inicjatorów i pomysłodawców oraz niewątpliwie osoby, które finansują Gliniadę z własnej kieszeni, to jest też częścią każdego z nas. Osób paradujących i wymalowanych gliną.

Via Sudetica zainicjowała jedną z najciekawszych atrakcji naszego miasta. Wszystkie wysiłki, które idą na bezcelowe podróże Glinoludów, mogą zostać spożytkowane na to, by Gliniada zadomowiła się w Bolesławcu. Rolą wydziału promocji, który podlega prezydentowi, jest promowanie miasta oraz jego atrakcji. Na targach turystycznych, na plakatach reklamujących Święto Ceramiki i w spotach reklamowych Glinoludy powinny mieć swoje miejsce. I nic za to nie płacić.

Stowarzyszenie Via Sudetica ma też prawo do dotacji na swoje cele, bez przymilania się władzy i spełniania kaprysów kandydatów na prezydenta. Musi też spojrzeć sobie w oczy i jasno określić, czy zaangażowanie radnego Nowaka wpiera Gliniadę, czy nie. I w końcu najważniejsze. Kto Gliniadą rządzi? Radny Nowak, przedsiębiorca, który płaci większość rachunków, czy stowarzyszenie kierowane przez prezesa Krzysztofa Krzemińskiego? Czy parada zamieniająca się w objazdową trupę, reklamującą nie wiadomo co i po co, jest dobrą drogą?

Glinoludy, wróćcie do miasta. Zostańcie z nami. Każdy potrzebuje kogoś, kto stanie po jego stronie. W przypadku Gliniady to mieszkańcy, Glinoludy z Bolesławca. Nie będą oni ciągle o Gliniadę walczyć, mieszać się w rozgrywki i polityczne gierki. Ale w sierpniu, kiedy przyjdzie czas na paradę, przebiorą się w białe stroje i umalują gliną. I będzie ich coraz więcej. Dlatego, że Bolesławiec kocha Gliniadę naprawdę.

(informacja redakcja ii)