Laureaci konkursu „List” nagrodzeni

Laureaci konkursu „List” nagrodzeni
fot. www.sxc.hu Znamy zwycięzców konkursu literackiego „List”. Patronem medialnym wydarzenia był portal IstotneInformacje.pl.
istotne.pl konkurs, literatura, gokis, list

W piątek, 29 października, w gospodzie Kruszyna w Kruszynie odbyła się uroczystość wręczenia nagród w konkursie „List”, zorganizowanym przez Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Bolesławcu z/s w Kruszynie.

W tym roku – ze względu na wyrównany poziom nadesłanych tekstów – nie przyznano nagród głównych w kategorii dorosłych. Równorzędne wyróżnienia otrzymała czwórka autorów: Halina Gut, Sylwia Recka-Markefka, Dorota StrzelczykTomasz Czura.

Od lewej: Sylwia Recka-Markefka, Dorota Strzelczyk i Halina GutOd lewej: Sylwia Recka-Markefka, Dorota Strzelczyk i Halina Gutfot. Gerard Augustyn

W kategorii dzieci pierwsze miejsce zajął Patryk Szulc. Drugą nagrodę otrzymała Lidia Stempak, a trzecią – Klaudia Kotwica. Komisja konkursowa postanowiła też wyróżnić listy: Katarzyny Katy, Małgorzaty Wiśniewskiej, Marka TobiaszaGabrieli Widery.

Od lewej: Patryk Szulc, Lidia Stempak i Klaudia KotwicaOd lewej: Patryk Szulc, Lidia Stempak i Klaudia Kotwicafot. Gerard Augustyn

– Norman Davies, Brytyjczyk, który zajmuje się polską historią, powiedział, że nie lubi pisać osobistych tekstów na komputerze. A skoro postać z najwyższej półki ma odwagę przyznać, że nadal pisze odręcznie, to wydaje mi się, iż jest to nobilitacja dla uczestników konkursu – podkreśliła podczas piątkowej uroczystości Maria Sobolska, członkini jury. – W większości tekstów czuło się szczerość, a to w pisaniu listów jest najważniejsze.

Od lewej: Maria Sobolska, Gabriela Widera, Marek Tobiasz, Małgorzata Wiśniewska i Katarzyna KataOd lewej: Maria Sobolska, Gabriela Widera, Marek Tobiasz, Małgorzata Wiśniewska i Katarzyna Katafot. Gerard Augustyn

Ocalić od zapomnienia sztukę pisania listów – taka idea przyświeca organizatorom konkursu literackiego „List”. Ten wyjątkowy w skali kraju konkurs zainspirowała wypchana po brzegi reklamami skrzynka pocztowa Beaty Widery z GOKiS-u. – Pomyślałam wtedy, że bardzo chciałabym dostać normalny list – mówi pomysłodawczyni i organizatorka konkursu.

Patronem medialnym wydarzenia był portal IstotneInformacje.pl. Poniżej prezentujemy najlepsze prace:


List Haliny Gut

12 października 2010 r.

Kochana Córeczko!

Piszę ten list z nadzieją, że go uważnie przeczytasz, zanim będziesz chciała go wyrzucić. Dlaczego tak myślę? Bo nie widziałam Cię od ponad 6 lat, mimo że mieszkasz niedaleko. Odeszłaś z domu, nie mówiąc nawet „do widzenia”. Przewróciłaś całe swoje i nasze życie do góry nogami. Może teraz żałujesz, że na 2 miesiące przed ślubem z Pawłem porwał Cię podstępnie człowiek, który nie jest Ciebie godzien. Nigdy nie zapomnę jego słów: „szukam taniej niańki dla trojga swoich dzieci – bo na przedszkole mnie nie stać”. I znalazł, a Ty teraz na pewno robisz wszystko, by godnie zastąpić im zmarła matkę. Teraz i Ty masz dwoje swoich dzieci. Wiem, że synek ma na imię Paweł, córeczka – nie wiem. Myślałam, że wiele zrozumiesz, gdy sama zostaniesz matką. Wyobrażasz sobie, żeby Twoja kochana córeczka mogła zrobić Tobie to, co Ty nam?

Na pewno nie. Ja też prędzej spodziewałabym się własnej śmieci niż tego wszystkiego, co mi zgotowałaś...

Ale cóż, stało się i się nie odstanie. Pozostał wielki ból w moim sercu. Ale wiedz, że cokolwiek byś zrobiła – samodzielnie bądź pod przymusem męża, który z premedytacją swoim postępowaniem zagrodził Ci drogę do rodziny – zawsze zostaniesz moim kochanym dzieckiem. Wiedz, że bardzo Cię kocham i nigdy Cię nie wyrzucę ze swojego serca. Chciałabym, żebyś o tym wiedziała. Nie ma dnia ani nocy, bym o Tobie nie myślała. Czasem mi się śnisz i wtedy mam wrażenie, że dzieje Ci się wielka krzywda. A ja nie mogę Ci pomóc, bo tę pomoc odrzucasz, nie chcesz.

Modlę się do Boga, żeby Ci się krzywda nie działa, tyle mogę zrobić. Nie pozwól na to, aby ktoś Cię poniewierał. I tak nikt do końca nie doceni Twojego poświęcenia. Pamiętaj – Ty jesteś najważniejsza!

Odrzucasz naszą miłość, ale dlaczego bronisz dziadkom miłości do swoich dzieci? Jeszcze ich nie widziałam. Bardzo chciałabym je zobaczyć. Przytulić. Proszę, zmień to, bo kiedyś Twoje dzieci będą miały do Ciebie ogromny żal.

Pamiętaj – mężów można mieć wielu, rodziców – tylko jednych. Masz takie szczęście, że rodzice mimo wszystko bardzo Cię kochają. Byłaś naszym dzieckiem miłości – co się stało, że wszystko tak się pogmatwało?

Nie musiało tak być, ale zawsze jest czas na naprawę sytuacji, póki nie będzie za późno. Ojciec Święty przebaczył swojemu oprawcy – jeśli uważasz, że zrobiliśmy Ci jakąś krzywdę, to wspólnie sobie wybaczmy. „Spieszmy się kochać ludzi – tak szybko odchodzą”. Nie wiem, ile jest mi jeszcze przeznaczone żyć, ale nie chcę, aby między nami nadal trwało milczenie.

Gdy przychodzi piątek i robię na obiad pierogi, płaczę, bo przypominam sobie, jak bardzo je lubiłaś.

Wiesz, że do Twojego pokoju nie mogłam wejść przez dobre dwa lata? Aż wszystko spleśniało. Jest jeden skrawek ogródka, który lubiłaś pielęgnować. I do tej pory, kiedy jestem w tym miejscu, widzę Ciebie. Nie wierzę, że nie tęsknisz za nami, za braćmi, za domem, w którym się wychowałaś.

Próbowałam już wcześniej skontaktować się z Tobą przez internet, przez Naszą-klasę, ale odrzuciłaś. A może to nie Ty odrzuciłaś? Wiele jest niewyjaśnionych spraw i sytuacji – ale nie chcę do tego wracać.

Zapomnijmy o wszystkim i zacznijmy żyć na nowo – nowym dniem. Jeśli tak potrafisz, to – bardzo Cię proszę – odezwij się. Moje telefony się nie zmieniły, Twoich nie znam. Albo po prostu przyjedź ze swoimi dziećmi. Będzie to mój najszczęśliwszy dzień. Czekam na jakikolwiek sygnał od Ciebie. Bardzo Cię kocham i nigdy nie przestałam.

Pamiętaj o tym.

Twoja mama


List Sylwii Reckiej-Markefki

Brühl, lipiec 2006 r.

Moje Ty, drogie odbicie w lustrze

W całym moim życiu nie pamiętam tak upalnego lata. Powietrze jest tak ciężkie i gorące, że tylko zdrowy rozsądek każe mi wierzyć, iż się przecież nie uduszę. W południe to nawet muchy nie latają. Od rana, przez otwarte okna, ukradkiem wtacza się lawa gorąca, tak wielka, że nawet w nocy nie zastyga.

Spanie nago też niewiele pomaga, a sny...? Sny są wręcz koszmarne – jak to lato, którego nigdy nie zapomnę. Często śnię, że spadłam z łóżka i nie mogę oderwać twarzy od podłogi, więc się powoli duszę. Budzę się przerażona: a to co? LATO! UPAŁ!

Potem długo nie mogę zasnąć. Za ścianą wyje, czasem jęczy lub wali nogami w oparcie łóżka BABKA. W nocy ciężko spać, w dzień chodzę półprzytomna. I tak, z dnia na dzień, staję się coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona. Upał! Oślepiające słońce, duszność, muchy i zachodząca BABKA!

Gdyby była tylko moją sąsiadką, uciekłabym na zakupy, spacer, cokolwiek, byleby tylko z nią nie przybywać. Dopóki muszę się nią opiekować, szukam w niej dobrych cech. Nie jest to takie łatwe.

W dowodzie ma wzrost 168. Jak na kobietę to więcej niż przeciętnie, ale chodzi zgięta wpół, więc sięga mi po pachę. Kiedy ma się 96 lat, to zwykle już się nie żyje. Najczęściej to siedzi, leży, je i wyje. Właściwie zawodzi. Gdyby płynęły jej łzy, to byłby płacz, ale ona powtarza – jak mantrę – najpierw cicho, pod nosem, imię nieżyjącego kota lub męża. Potem, coraz głośniej i przeciągle, w nadziei, że ktoś usłyszy. Gdy nie reaguję, wyje jak zbity pies. Na początku przychodziłam i uspokajałam ją. Bywało, że na sam mój widok przestawała. Po chwili jednak zaczynała od nowa.

Teraz nie reaguję do momentu, kiedy się podnosi. Nie chcę, by chodziła. Właściwie – trzęsła się na miękkich, chudych nogach. Pozwalam jej przejść się kawałeczek. Obserwuję, jak zatacza się na lewo i prawo, będąc blisko upadku. Gdy już siada, nie ma nawet siły podnieść nóg, by móc je położyć na tapczanie.

Czasem zastanawiam się, jak wyglądała, będąc młodą. Opowiada, że miała brązowe, niedługie falowane włosy i ładne nogi. To by się zgadzało.

Gdy przyglądałam się jej twarzy, zauważyłam, że właściwie brwi i rzęs już nie ma. Włosów na głowie też niewiele pozostało, w sumie trzy, wszystkie siwe. Co wieczór życzy sobie, by je nakręcać na wałki.

Najciekawsze w całej twarzy są zmarszczki. Ma ich naprawę niewiele. Te, które widać, są płytkie, głównie w okolicach oczu i szyi. Dopiero ciało zdradza, ile ona ma lat. Wygląda jak skóra żółwia. Jedna wielka drobno ułożona siateczka. O ile twarz ma jędrną, o tyle reszta ciała to łuszcząca się skóra, która wisi na kościach. Jedynie brzuch i piersi podszyte są tłuszczem.

Babka ma parę ulubionych historii. Gdy słyszałam je po raz pierwszy, nawet mnie zaciekawiły. Niedługo potem okazało się, że więcej nie pamięta i do okrutnego znudzenia opowiada je kilkakrotnie w ciągu dnia. Nawet kolejność słów jest ta sama.

Codzienne od dwudziestu dni słyszę na zmianę płacz przeplatany opowiastkami.

Na domiar złego nie pamięta nic, co się dzieje obecnie. Spogląda na zegar, by się zorientować, jaka jest pora dnia. Bez niego nie miałaby pojęcia, czy je śniadanie, czy kolację. Nie wie nawet, jaki jest miesiąc czy dzień. Kilkakrotnie pyta mnie, czy ktoś był lub będzie. Dziesięć minut po wyjściu gości nie pamięta, że ktoś ją odwiedził.

Wszystko, co robi, ma określoną porę. Chodzi spać o 22:00, nie wcześniej i nie później. Przestawiam zegar, nawet o dwie godziny, i w rzeczywistości kładzie się o 20:00. Muszę tylko pamiętać, by nad ranem przestawić zegar na właściwą godzinę.

Gdy się to czyta, może się to wydawać śmieszne, lecz po trzech tygodniach mam ochotę uciec lub potrząsnąć babkę ze wszystkich sił, by ocknęła się choć na jeden dzień.

Jeśli dożyję późnej starości, to proszę STWÓRCĘ, by nie odejmował mi świadomości lub pozwolił mi umrzeć, zanim się to stanie.

Uważałam się za osobę wytrzymałą, ale to doświadczenie zaskoczyło mnie samą. Monotonia zajęć zabija moją cierpliwość. Denerwuje mnie płacz zza ściany, mlaskanie i siorbanie, wycie i opowiastki, odpowiadanie na te same pytania i ta straszna samotność. Tak rzadko ktoś ją odwiedza!

Tłumaczę sobie, że to tylko praca, ale żadne pieniądze nie są w stanie mnie przekonać, żeby tu jeszcze wrócić. Przesiedzę tutaj jeszcze sierpień i nigdy nie wrócę.

Ta myśl dodaje mi sił, by tyle jeszcze wytrzymać.

To ja, wciąż młoda i z tego powodu szczęśliwa osoba!


List Doroty Strzelczyk

Bolesławiec, wrzesień

Miły mój!

Czas jesieni się zaczął, pada nieustająco od niedzieli, to i nastrój do pisania listów odpowiedni – melancholijny taki...

Dziękuję Ci za kartki z wakacji i zdjęcia pełne słońca i uśmiechniętych buziaczków Twoich milusińskich i żony pięknej Twojej. Ty jesteś specjalistą od lata i słońca, a ja od mgieł, wrzosowisk i deszczu – wszak cała jestem jesienią... od stóp do głów i po duszy głębię – zresztą sam wiesz...

No więc siedzę tu z wirtualnym kotem na kolanach (chciałabym, żeby był tak prawdziwy jak Twoja Gadzina, ale znów rozsądek zwyciężył) i wsłuchując się w wyimaginowane mruczenie biorę w dłoń długopis (powinno być pióro, prawda?), żeby myśli na papier przelać i podzielić się z Tobą tym, co ostatnio „chodzi mi po głowie” i sen spokojny zakłóca.

Dylematy. Też je masz?

Nie, nie – nie będzie o tym, co być mogło. Naszą wspólną niedoszłą historię już chyba mamy za sobą, omówioną, wyjaśnioną, „przepracowaną” – i cieszę się, że tak jest.

Odsłuchiwałam ostatnio stare kasety, trafiłam na piosenkę, którą w poprzednim wcieleniu napisałeś dla mnie. Bardzo słodko mi się zrobiło na sercu i miło. Dziękuję.

No ale dylematy miały być. Tyle że nie będzie o tych etycznych, moralnych, egzystencjalnych, będzie o zwykłych życiowych wyborach. Zaraz wszystko od początku opiszę.

Tylko jeszcze zapytam – na DKF jeszcze u siebie chodzisz? Ja tak. Film wczoraj oglądałam – „Nic osobistego”, jedna pani powiedziała, że jestem tym samym typem urody co główna bohaterka. Kilka razy mi powtarzała. Zobacz ten film, przecież ja nawet kurtkę mam taką samą... i wnętrze... tylko życie trochę inne...

No dobrze, do „ad remu” – jak to mówią niektórzy.

Zauważyłeś, że kiedy jest spokój, to spokój jest – nic się nie dzieje, a jak się dzieje, to wszystko naraz! Chociaż to może właśnie jest sposób na to, żeby nie zwariować, nie mieć szansy za dużo myśleć, roztrząsać, głowę łamać...

Może dzieje się naraz, żeby dokonać jednego wybory i w tych dylematach wszelkich się nie utopić, nie zatracić – tylko „ciach” i już! I nie żałować.

A sprawa dotyczy mojego ewentualnego powrotu do stolicy i pracy za pieniądze – prawdziwe. Pracy ciekawej, ambitnej, rozwijającej... Dlaczego nie mogę mieć tego tutaj, na miejscu, na tej „prowincji” dalekiej, ale dobrowolnie przez nas wybranej??

Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach wybór prosty – praca, zarobki (może wreszcie godne), więcej możliwości dla dziecka, bliskość rodziny (a wiesz, że ze zdrowiem moich Rodziców nie najlepiej jest) i znajomych. No nic tylko się pakować i wracać.

Z drugiej strony ten nasz mały świat tutaj. Nasz. Świat, który zaczyna się układać – właśnie teraz coś drgnęło i dało szansę na realizację planów i marzeń, to, co nie chciało ruszyć z miejsca przez ostatnie miesiące, w końcu też zaczyna się klarować. Nasze wypracowane miejsce na ziemi – to materialne, czyli mieszkanie, i to dla ducha – sztuka, wycieczki, przyjaźnie.

No i przecież nie po to wtedy uciekłam – od zgiełku, tłumu, anonimowości i pogoni za pieniądzem – żeby teraz do tego wszystkiego powracać...

Bo co jest tak naprawdę ważniejsze – rozwój zawodowy, pieniądze, zapewnienie dziecku łatwiejszego startu w „wyścigu szczurów” czy jednak ten bardziej ludzki wymiar tego, co nas otacza, większy spokój nerwów i duszy, więcej czasu dla siebie nawzajem i poczucie, że idziemy własną ścieżką? Może troszkę pod prąd i obok głównego nurtu, ale własną... niezależną.

Co byś zrobił na moim miejscu?

Wiesz, przypominają mi się czasem nasze lekcje polskiego z panią M. Też tak masz? Mam wrażenie, że to trochę przez nią jesteśmy, jacy jesteśmy, to ona nas kształtowała i wpajała nam różne niemądre, niedzisiejsze, humanistyczne ideały. Do mnie często wraca cytat: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę” – no i tak robię.

Co wybrałam? Tak, znasz mnie.

Grzecznie podziękowałam Panu ze stolicy. Pozostała satysfakcja, że ktoś mnie docenił, że jeszcze tkwi we mnie potencjał zawodowy, intelektualny.

Oczywiście, pozostaje dylemat – czy na pewno ten wybór był słuszny...

Cóż, życie... a pamiętasz, jakie kiedyś mieliśmy problemy...

Na pocieszenie i chyba po to, żebym sama się przekonała o trafności mojej decyzji, pojawił się pewien bard i jego recital w miejscowej piwnicy zastępującej mi Harendę. I śpiewał to (pamiętasz?): „Wracam do tych lat, gdy byłem piękny, młody, dużo wyższy...”

Czyli widzisz – tak naprawdę to u nas wszystko OK, no może kota trochę brak, ale podrap Gadzinę ode mnie za uchem.

Kończę już, połówkę Twoją drugą pozdrawiam, latorośle w czółka całuję i Ciebie... też całuję. No i czekam z utęsknieniem na odpowiedź od Ciebie, chociaż wiem, że pewnie będzie to list dopiero zimowy, grudniowy, świąteczny – znam Cię...

Twoja na zawsze,
Pani Jesień

PS Z listem jesiennym przesyłam listek, bo:
„za naszym domem zapłonęły sady, w kalendarzach wrzesień, znów przybyło lat...
i w moich włosach zostawiła ślady kolorowa jesień ogarniając świat”.

A w Twoich włosach??...


List Tomasza Czury

Dachnów, 21 września 2010 r.

Droga Ewo!

Pewnie zdziwiłaś się, gdy listonosz zamiast kolejnego rachunku przyniósł Ci mój list. Ile to już lat minęło, gdy przestaliśmy do siebie pisać? Trzy, cztery? Nie pamiętam. Teraz te telefony, esemesy, maile, gadu-gadu, tyle możliwości kontaktu, że o listach już się zapomina. Niesłusznie. Jestem zdania, że są one bardziej osobiste, bardziej emocjonalne; można więcej wyrazić. Dlatego właśnie zdecydowałem się napisać list, nie SMS, nie zadzwonić, ale właśnie napisać list. Zanim jednak zaczniesz czytać dalej, muszę Cię ostrzec, że nie mam dobrych wiadomości. Jeśli więc masz dziś dobry humor i nie chcesz psuć sobie dnia, odłóż go na później, przeczytaj jutro lub pojutrze.

Może więc zacznę od początku...

Jak wiesz z naszych krótkich rozmów przez telefon czy internet, trzy lata temu zakochałem się. Opowiadałem Ci, jak się poznaliśmy i jak zostaliśmy razem, więc nie będę tego powtarzał. Od tamtego czasu nie było dnia, w którym byłbym nieszczęśliwy. Zawsze, gdy na horyzoncie pojawiały się ciemne chmury, wystarczył uścisk Jej dłoni i już wiedziałem, że będzie dobrze. Zawsze byliśmy dla siebie oparciem, przechodziliśmy razem wiele ciężkich chwil. Była sytuacja, że prawie ze sobą zerwaliśmy, ale i to udało się nam razem pokonać. Kocham Ją i wiem, że Ona mnie też. Zresztą sama wiesz, jak to jest, masz przecież męża i dziecko. Zazdroszczę Ci i życzę wiele szczęścia.

Także i ja niedawno chciałem dopełnić naszego szczęścia. Jakiś miesiąc temu poszedłem do jubilera i kupiłem pierścionek, najładniejszy z całej wystawy. Później od razu wybrałem się do zaprzyjaźnionego księdza. Powiedział, że dla mnie i Natalii znajdzie termin nawet za dwa miesiące, musimy tylko zaliczyć nauki przedmałżeńskie. Takie kursy są prowadzone w sąsiedniej parafii cały czas, więc i z tym nie byłoby problemu. Tydzień temu miałem Jej się oświadczyć, gdy nagle wszystko runęło. Otóż dwa tygodnie temu musiałem zrobić badania do pracy. Prześwietlili mnie, osłuchali, ostukali itp. Kazali za dwa dni przyjść po wyniki. Ten i następny wieczór spędziłem z Natalią, nie wiem, może się nawet domyślała, że chcę Ją poprosić o rękę. Na pewno by nie odmówiła.

Gdy przyszedłem znów do przychodni, lekarz przez chwilę się nie odzywał. Później pokazał mi zdjęcie rentgenowskie mojej klatki piersiowej. Diagnoza była krótka – rak płuc. Złośliwy, przerzuty. Owszem, czułem czasem kłucie w okolicach płuc, czasem też kaszlałem, ale nie przeczuwałem, że to takie poważne. Nigdy nie paliłem, żyłem raczej zdrowo... A jednak. Pomyślałem – operacja, chemioterapia, jakoś się wyleczę. Nie. Za późno, choroba zbyt zaawansowana. Został mi rok, najwyżej półtora roku życia. To znany i dobry lekarz, konsultował się z innymi, nie może być mowy o pomyłce. Powiedział,m że tutaj już tylko Bóg może mi pomóc. Było mu bardzo przykro. Umieram...

Ale nie to jest moim największym problemem. Nie boję się śmierci. Problemem jest to, że nie wiem, co robić. Powiedzieć Jej? Oświadczyć się? Chciałem Jej powiedzieć, ale gdy tylko zobaczyłem, jak się śmieje, zrezygnowałem.

Powiedzieć? Boję się, że jeśli to zrobię, będzie cierpieć bardziej niż ja, że utraci całą radość życia. Ale może się przygotuje, może zechce właśnie radośnie spędzić ze mną dni, które mi zostały?

Oświadczyć się? Tak bardzo chciałbym Ją poślubić, mieć dziecko, nawet dwójkę... Ale za półtora roku już mnie tu nie będzie. Nie chcę robić z Niej młodej wdowy, a z dziecka sieroty. Jeśli będzie wiedziała, że jestem chory, może się przestraszyć i odrzucić oświadczyny. Nie chcę być sam, teraz tak bardzo jej potrzebuję...

Nie powiem i się nie oświadczę – to też Ją zrani. Ona też już chyba chce wziąć ślub i będzie się zastanawiać, na co czekam. A jeśli nie powiem i weźmiemy ślub, będzie żyła w nieświadomości, pewnego dnia wróci z pracy, zadzwoni telefon i dowie się, że została wdową. Może mnie znienawidzić za takie kłamstwo.

Chyba sama rozumiesz, jak wielki mam teraz problem. Nie chodzi tylko o mnie, ale głównie o Nią, o Jej przyszłość. Proszę Cię o radę. Każdy kolejny dzień jest dla mnie udręką. Staram się udawać, że wszystko jest w porządku, na razie daję radę, ale co będzie później? Codziennie oglądam pierścionek, który kupiłem, tak jakby on mógłby i coś podpowiedzieć...

Przepraszam Cię, że tak się rozpisałem. Proszę, odpisz. Mam nadzieję, że wkrótce listonosz przyniesie mi Twój list.

Pozdrawiam
Tomek

PS Jeśli możesz, odmów za mnie chociaż dziesiątkę różańca.


List Patryka Szulca

Kraków, 23 września 2010 r.

Drogi Bogdanie!

Dziękuję Ci za Twój ostatni list, w którym opisałeś mi nową pracę swojego taty. Miło jest czytać o kimś, kto – jak Twój ojciec – pracuje z pasją i zaangażowaniem. Twój list skłonił mnie do rozmyślań o tym, co chciałbym robić w przyszłości.

Pisząc ten list w pierwszy jesienny wieczór, zacząłem myśleć o swoim pierwszym poważnym wyborze. Kim zostać? Czy stawiałeś już sobie to pytanie? Przecież niedługo będziemy dorośli i zadecydujemy o swojej przyszłości. Ostatnio coraz częściej przyglądam się pracy moich bliskich i zastanawiam się, czy mógłbym pracować na ich miejscu. Pamiętasz zapewne moją siostrę pracującą w banku? Myślę, że taka praca szybko by mnie znudziła. Nie chciałbym spędzać ośmiu godzin przed komputerem, wśród dokumentów i klientów mających wiele spraw do załatwienia. Albo weź pod uwagę pracę mojego taty. Jest budowlańcem, cały dzień musi ciężko pracować, niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy świeci palące słońce.

Ja mam zupełnie inne zainteresowania, przyrodnicze oczywiście. Kocham zwierzęta, ich różnobarwną, piękną sierść, błyszczące łuski i kolorowe pióra.

Wiesz, uwielbiam przebywać na wyciszającym łonie przyrody, wśród śpiewu ptaków i szumu drzew. Tam zawsze można odpocząć i obserwować przepiękne barwy natury.

Zwierzęta i rośliny są moją pasją! Nieważne, czy jest to kura, czy tukan, koń czy tygrys amurski, każde zwierzę jest piękne na swój sposób.

Podobnie jest z roślinami, uwielbiam je podziwiać... Mam zatem nie lada dylemat: kim zostać w przyszłości, gdyż każdy wybór ma swoje zalety i wady.

Gdybym na przykład został przyrodnikiem... Marzę o podróżowaniu po świcie, poznawaniu nowych, pięknych krajobrazów, które opisałbym w mojej książce. Chciałbym poznawać zwierzęta na każdym kontynencie. Podziwiałbym ich dzikie życie i środowisko, w którym żyją. Poznawałbym także zwyczaje ludzi z odległych krajów, ich kulturę i tradycję. Lecz najważniejsza byłaby natura. Wyobraź sobie, jak miło byłoby wpatrywać się w chowające się za równik afrykańskie słońce. Wsłuchiwać się w ryk lwów z dreszczem na plecach. Obawiać się o to, czy stado guźców nie stratuje obozowiska, a hieny nie przyjdą w odwiedziny.

Innym razem chciałbym poczuć mroźne arktyczne powietrze, które jak igła wbija się w skórę. Chciałbym cieszyć się, jadąc przez bezkresne pola skute śniegiem i lodem w psim zaprzęgu, spać w jednym z najniezwyklejszych domów na świecie – w igloo.

Niestety zdaję sobie sprawę z wielu wyrzeczeń, jakie mnie czekają. Martwi mnie, że nie będę mógł na stałe założyć rodziny. Nie chciałbym opuszczać żony i dzieci lub wciąż się z nimi przeprowadzać. Poza tym będąc ciągle w podróży, nie miałbym stałego miejsca zamieszkania. Prowadziłbym zatem samotne życie, od czasu do czasu wracając do rodzinnego domu.

Kolejnym problemem byłoby finansowanie podróży. Przykładowa wyprawa do Kenii kosztuje dziś około 12 tys. złotych, drogie są koszty noclegu, biletów lotniczych, jedzenia. Liczyć się musiałbym także z kosztami i czasem nauki języków obcych: angielskiego, rosyjskiego, hiszpańskiego, suahili oraz mandaryńskiego.

Podczas podróży byłbym narażony na choroby przenoszone przez owady i zwierzęta, np. malarię, dur brzuszny czy żółtą febrę. Niejednokrotnie stanąłbym oko w oko z drapieżnikiem, który uważałby mnie za potencjalny obiad tudzież śniadanie lub przekąskę. Wiesz, nie chciałbym zostać zjedzony gdzieś w afrykańskiej dżungli.

Sam więc widzisz, że wybrałbym niebezpieczny zawód, ale wiesz, moja miłość do przyrody i podróży nie ogranicza się do przyziemnych problemów i bojaźni. Może z czasem wpadnę na pomysł, jak to wszystko zorganizować. A jeśli nie, wówczas pozostanę na naszej przepięknej równinie i zacznę robić coś zupełnie innego...

Wśród wielu zajęć związanych z przyrodą zastanawiam się także nad zawodem rolnika. Pewnie się teraz uśmiechasz, ale naprawdę chciałbym nim zostać. Wiesz, chciałbym mieć aż 200 ha ziemi. Tak, dokładnie tyle, już wszystko zaplanowałem. 150 ha przeznaczyłbym na zasianie zbóż: pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa. Dwa hektary przeznaczyłbym na wybieg dla zwierząt z zabudowaniami. Na hektarze ziemi stałby mój wymarzony dom z podwórkiem pełnym ozdobnych krzewów i drzew. Miałbym także olbrzymi ogród uprawny z ziemniakami, cebulą, czosnkiem, marchewką i ogórkami. Gdybym miał możliwość, zasadziłbym też krzewy owocowe: maliny, porzeczki, jagody i truskawki.

Bardzo ważny byłby dla mnie sad pełen czereśni, wiśni, brzoskwiń, grusz, jabłoni i śliw. Wyobraź sobie wiosnę w takim sadzie, jak byłoby tam pięknie. W moim sadzie stałyby pasieki, a pszczoły produkowałyby pyszny miodek. Hodowałbym wiele zwierząt: krowy, świnie, króliki, konie, kaczki, kury, indyki oraz koniecznie owce. Mój duży dom byłby koloru żółtego. Pięłyby się po nim kwiaty lawendy i bluszcz. Przed głównym wejściem stałby ganek opleciony winogronem. We wnętrzu biegałyby króliczki. Nie żartuję. Przed domem byłaby duża sadzawka, po której pływałyby kaczki.

Gdybym był rolnikiem, nigdy bym się nie nudził. Wstawałbym wczesnym świtem, aby wydoić krowy, wyprowadzić je z innymi zwierzętami na pastwiska, a pozostałemu inwentarzowi dać jeść. Później pędziłbym zbierać plony z pól, co – jak się domyślasz – zajmuje sporo czasu. Wieczorem trzeba znów odwiedzić pastwiska, by zabrać zwierzęta do obory, stajni i owczarni. Zimą zwierzęta stoją w swoich „domach”, więc miałbym więcej czasu dla siebie i dla rodziny. Na polach leży śnieg, więc rolnik może odpocząć.

Widzisz zatem, że jako rolnik byłbym ciągle blisko domu. Mógłbym pomagać także w swoim rodzinnym domu mamie i rodzeństwu. Wyobraź sobie, jak miło jest zjeść chleb prosto z pieca ze świeżym masełkiem, popijając mlekiem prosto od krowy.

Tylko gdzie ja bym znalazł żonę, co umie upiec chleb? Nieważne, ważne, że pracowałbym zgodnie ze swoimi pasjami. Jak przyrodnik byłbym wśród rozkwitającej natury. Marzę, aby zobaczyć swój sad w pełni rozkwitu, co to byłby za wspaniały widok! Podziwiałbym też dziką przyrodę, moje pola byłyby też blisko lasów. Lecz ta praca wiąże się z ogromnym ryzykiem. Powódź lub susza w jednej chwili mogą zniszczyć moją ciężką pracę. Choroby wśród zwierząt zagrażają ich życiu. Byt mojej rodziny byłby zatem zależny od sił natury. Jako rolnik nie będę mógł wyjechać latem na wakacje, bo naraziłbym gospodarstwo na straty. Dopiero zimą mógłbym pozwolić sobie na krótki odpoczynek w górach.

Widzisz zatem, Bogdanie, że mam wielki dylemat. Każdy mój wybór to decyzja o zupełnie różnym życiu. Muszę wybierać, czy chcę podziwiać różnorodność środowiska, czy piękny, ale jeden krajobraz wsi. Jako przyrodnik miałbym niewielką szansę, by założyć rodzinę. Musiałbym być ciągle w podróży, więc też rodzinny dom odwiedzałbym rzadko. Jako rolnik założyłbym rodzinę, byłbym blisko rodziców, ale moja chęć podróży i poznawania nieznanych miejsc nie byłaby możliwa do zrealizowania. Jako rolnik miałbym zawsze rozplanowany dzień, to przyroda decydowałaby o tym, co muszę zrobić. Czasu od wiosny do jesieni miałbym dla siebie mało. Jako przyrodnik sam decydowałbym, co robić i gdzie się udać. Obie prace są wspaniałe, lecz co wybrać? Jak myślisz? Rodzinę czy samotność? Zegar słoneczny czy swój własny? Jeść co rano pachnący świeży chleb czy placki pszenne wypiekane na afrykańskim słońcu? Co wybrać? Dzikie, nieznane tereny, przyrodę, którą oglądam tylko w telewizji, czy swoją rodzinną wieś i znany każdy kąt?

Dziś jeszcze nie umiem odpowiedzieć na te pytania, a może Ty pomógłbyś mi rozwiązać mój dylemat? Co Ty byś zrobił na moim miejscu? Czekam niecierpliwie na Twoją odpowiedź, mam nadzieję, że także napiszesz, kim chciałbyś zostać.

Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na Twój list.

Patryk


List Lidii Stempak

Brzeźnik, 27 września 2010 r.

Drodzy koledzy i koleżanki!

Piszę ten list, ponieważ mam do Was wielką prośbę. Ostatnio wysyłacie mi mnóstwo SMS-ów, w których piszecie tak: „Hejka! Co robisz? Co zad. z pol.?” albo „Siema! Chodź do mnie, starych nie ma w domu, to możemy wypróbować tą nową grę na kompie”. Ludzie! Czy Wy nie potraficie pisać normalnie? Czy dla Was nasza piękna polszczyzna jest językiem kosmitów? Przestańcie wreszcie bujać w obłokach i pomyślcie realnie. Swoim zachowaniem prowadzicie do ogromnych zmian w naszym języku. Nie znoszę tych Waszych skrótów, którymi się ciągle posługujecie. One są dla mnie jak hieroglify. Nie potrafię ich szybko odszyfrować. Dziś jedno słowo oznacza to, a następnego dnia coś zupełnie innego. Ja jestem molem książkowym i uwielbiam czytać książki od deski do deski, a zwłaszcza jeśli są one przygodowe. Uwierzcie mi, że tam występują normalne słowa, którymi też można posługiwać się na co dzień, i właśnie te wyrazy bardziej mi odpowiadają. Gdybyście zaczęli czytać książki, zauważylibyście, że nie ma tam takich słów, jakich Wy używacie co dnia. Nawet bohaterowie w naszym wieku wysławiają się w inny sposób. Nie mówią do siebie: „Siema! Wpadnij do mnie”, lecz „Cześć! Przyjdziesz dzisiaj do mnie?” Jak widzicie, nie ma tu skrótów, a tekst jest łatwiejszy do zrozumienia. Wracając do mojej prośby, to chciałabym Was prosić, żebyście przestali pisać te wszystkie SMS-y, e-maile i zaczęli przesyłać napisane własnoręcznie listy. Nie wiem, czy wiecie, ale sztuka pisania listów stopniowo zanika. Już prawie nikt nie bierze do rąk pióra, długopisu, papeterii i nie zaczyna pisać listu do kolegi, koleżanki, ale zamiast tego chwyta za telefon komórkowy („komórka”), wystukuje litery na klawiaturze, wciska „WYŚLIJ”, a za chwilę otrzymuje odpowiedź.

Rozumiem, że ten sposób jest łatwiejszy, nie wymaga dużo pracy ani czasu, lecz nie ma w tym nic od serca. Tylko zwykłe „Cześć! Co słychać? U mnie OK. Odpisz!” Nie powinno tak być!!! Teraz musicie przełknąć gorzką pigułkę. Bardzo często, pisząc takie wiadomości, popełniacie wiele błędów, nie zwracacie uwagi na pisownię, aż z czasem utrwalają się Wam niepoprawne zapisy, np. (o zgrozo!) trzeba piszecie przez „cz” zamiast „t” i „rz”. Takie nieodpowiedzialne zachowanie niszczy naszą piękną polszczyznę, zaśmieca ją.

To nie jest tak, że listy piszą tylko osoby wykształcone, posiadające duży zasób wiedzy. List może napisać każdy, kto ma coś do przekazania drugiej osobie. Jestem ciekawa, czy ktokolwiek z Was napisał w swoim życiu choć jeden prawdziwy list – taki z potrzeby serca (oprócz listów pisanych pod przymusem w szkole). Mam nadzieję, że tak, ale jeśli nie, to bardzo niedobrze. Jeżeli nie pisaliście listu, nie wiecie, jakie to uczucie czekać na odpowiedź. Zwłaszcza gdy dotyczy ona czegoś ważnego. Wtedy jest się niespokojnym. Codziennie, a nawet kilka razy dziennie, sprawdza się, czy nie przysłano nam odpowiedzi. A kiedy dostanie się już taki list, nie opuszcza nas radość, szczęście oraz ciekawość, co też może znajdować si w kopercie.

Pozdrawiam Was gorąco! Proszę, abyście przemyśleli moją prośbę i podjęli właściwą decyzję. Piszcie listy! Sprawcie, aby umiejętność pisania pięknych listów nie zanikła. Jeszcze raz pozdrawiam. Cześć!

Wasza koleżanka z kl. VI
Lidka


List Klaudii Kotwicy

Parzyce, 26 września 2010 r.

Droga Marto!

To naprawdę cudownie, że po tylu latach dowiedziałam się, gdzie mieszkasz i jaki jest adres Twojego domu. Dlaczego tak właściwie musieliście się przeprowadzić? Słyszałam pogłoski, że Twoi rodzice się rozwiedli, a siostra zginęła w wypadku samochodowym. To naprawdę przykre, że nawet się z Tobą nie pożegnałam. Teraz uścisnęłabym Cię tak mocno, jak potrafię, na pocieszenie. Gdybym Cię spotkała, z pewnością popłakałabym się z radości. Podczas swojej długiej nieobecności przydarzyło mi się parę superdziwnych przygód. Chcę opowiedzieć o nich właśnie Tobie, bo jestem pewna, że mi uwierzysz.

To przydarzyło mi się zaraz po tym, jak wyjechałaś. Był wtedy chyba kwiecień:

Gdy odrabiałam lekcje, zauważyłam przez okno jakby trąbę powietrzną na łące, wznoszącą się ku niebu, lecz żółtą i łagodną, stojącą w miejscu, nieporywającą niczego. Wydawało mi się, jakby wzywała mnie do środka, środka niej... Wydawało mi się, jakby patrzyła na mnie zaczarowanym wzrokiem, choć nie miała oczu... Coś magicznego ciągnęło mnie w jej stronę, więc poszłam, nie mówiąc słowa. Weszłam w jej promienie i poczułam, zamykając oczy, że umieram, że zaraz wzniosę się do bram nieba. To „wysysało” ze mnie wszystkie siły.

Po chwili obudziła się wstrząsana przez patrzące na mnie potwory nie z tej Ziemi, mające jedno oko, i dziewczynkę podobną do mnie. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale ona opowiedziała, jak znaleźli mnie leżącą na ziemi. Miała jedenaście lat i swój statek kosmiczny! Wyobrażasz sobie?! Odwiozła mnie w jakieś dziwne miejsce i znowu czułam, że lecę, wchodząc tym razem w błękitne smugi. Gdy ocknęłam się, byłam na łące obok domu. Siedziałam jak na tureckim kazaniu.

Następna niezwykła przygoda miała miejsce w sierpniu. Leżałam sobie na łące w piękny słoneczny dzień wśród kwiatów. Towarzyszyła mi jedynie biedronka chodząca po ręce i motyl krążący wokół mnie, który dopiero co wyszedł z kokonu. Za rzeczką czekały już pierwsze oznaki jesieni. Coś nagle zasłoniło słońce. Zdenerwowana otworzyłam oczy i ujrzałam ogromnego smoka, lecącego, aby wylądować na łące, na której leżałam. Kiedy zatrzymał się, zaprosił mnie do lotu, więc usiadłam mu na grzbiet i polecieliśmy do jakiejś nieznanej mi jeszcze krainy. Stanęłam przed obliczem samego Króla Snów. Ze swej kultury i grzeczności uklękłam, jak przez królem należy. Obok niego był jeszcze jeden wolny tron. Pan snów zaśmiał się i kazał mi wstać. Jego słudzy nałożyli mi na głowę piękną złotą koronę, poprzedzając to głębokim ukłonem przede mną. Król wskazał mi drugi pusty tron i kazał mi usiąść na tym zaszczytnym miejscu. Wszystko odbyło się uroczyście, a potem malutki krasnoludek wygłosił mowę o swoich przeżyciach. Znalazła się w niej m.in. informacja o tym, jak zostałam ich królową, a mianowicie: „Jej życie, pełne przygód, wygląda jak jeden piękny sen”. Potem słudzy wznieśli okrzyk na moją cześć i za moje przygody. A skąd Król wiedział o moich przygodach? Jego kraina położona jest na chmurze, więc wszystko widzi z wysoka. Zatem tak zostałam Królową Snów, którą jestem do dziś, a moje skarby, czyli koronę i berło, mam skryte w skrzyni szczęścia, którą oczywiście ukrywam przed mamą.

To moje ostatnie przeżycie, o którym Ci napiszę, bo jest ich jeszcze mnóstwo, resztę opowiem, gdy się spotkamy.

Nastało lato. Choć słońce grzało, na podwórku stała niewielka kałuża. Podeszłam do niej. Woda była czysta i przezroczysta jak w egipskim morzu. Ostatnio ostro trenuję pływanie, więc wstrzymuję oddech pod wodą przez cztery minuty! Wzięłam gałąź, aby zbadać, jak daleko jest dno, ale – ku mojemu zdziwieniu – nie czułam go. Gdy nikt nie patrzył, wskoczyłam do kałuży i zanurzyłam się w niej niczym w najgłębszym jeziorze. Nadal nie czułam ani nie widziałam dna. Musiało być bardzo daleko. Za to niedaleko, w zasięgu może stu metrów, ujrzałam jakby zatopioną wyspę, do której od razu podpłynęłam. Wyglądała ona na bardzo nowoczesną, ponieważ znajdowały się tam salony gier, restauracje, hotele, place zabaw, boiska itd. Oczywiście wszystko podwodne. Wyspę tę zamieszkiwali ludzie-ryby. Te istoty miały głowy ryb, a ciała ludzi, więc spokojnie mogły poruszać się po podłożu. Panowały tam warunki w sam raz dla tych stworów, bo w wodzie było tyle powietrza, że ludzie mogli oddychać. Zostałam bardzo miło powitana. Lecz nagle... usłyszałam cichy głos wołającej mnie mamy, a więc oznajmiłam, że przyjdę, a raczej przypłynę kiedy indziej. Znów miłe pożegnanie. Na szczęście, gdy wyszłam z „kałuży”, nikogo nie było na podwórku. Niezauważona wbiegłam po schodach na górę do swojego pokoju. Wysuszyłam się i zeszłam na dół na obiad.

Strasznie chciałabym przeżyć te przygody razem z Tobą. Byłyby dużo ciekawsze. Naprawdę nie mam pomysłu na to, jak możemy się spotkać. Napisz mi w odpowiedzi, jaki jest Twój numer telefonu, a jeśli masz pomysł na spotkanie, to świetnie! To już koniec mojego listu. Koniecznie odpisz!

Twoja przyjaciółka Klaudia

PS Pozdrów rodziców i sąsiadów! Całuję Cię serdecznie. Koniecznie musimy się spotkać. Chciałabym osobiście opowiedzieć Ci o reszcie moich niesamowitych przygód.