Pijany blues Jurka

Pijany blues Jurka
fot. Krzysztof Gwizdała Jerzy Pietrzak od półtora roku jest trzeźwym alkoholikiem. Ta historia to jego blues o długim, nierozerwalnym związku z alkoholem i o nieznośnej lekkości bytu.
istotne.pl pietrzak, nagiel, alkoholizm

Spotkaliśmy się na z Jurkiem na kawie. Chciał ożywić ruch trzeźwości w Bolesławcu. Postawił sobie za zadanie zaprosić na koncert Piotra Nagiela – znanego artystę, również trzeźwego alkoholika, który gra z zespołem STO% i porusza w swoich utworach problemy uzależnienia, przemocy i niezrozumienia.

Jerzy był znaną osobą w mieście. Zorganizował Dyskusyjny Klub Filmowy w latach 80. Zrobił to z dużym rozmachem. Były maratony filmowe w kinie Forum i seanse cenzurowanych za komuny „półkowników” (filmów, które z powodu cenzury przeleżały na półkach i nie były dopuszczone do dystrybucji). W lipcu 2008 roku Jerzy zniknął z Bolesławca.

Podczas naszego spotkania na powitanie zapytałam zwyczajowo, co porabiał i jak mu się żyje. Odparł, że teraz jest już dobrze, bo jest trzeźwy. Tak zaczęła się ta rozmowa. Usłyszałam historię alkoholika, podobną do innych takich historii jak kropla wódki do kropli wódki.

„Przeminęło z wiatrem” przewiezione w toalecie PKP

Jurek, absolwent I Liceum Ogólnokształcącego, po maturze starał się dostać na Uniwersytet Wrocławski na filologię polską. Po drugiej nieudanej próbie zrezygnował. Zaczął pracować w klubie „Relaks” przy Spółdzielni Mieszkaniowej „Bolesławianka”. Tam pojawił się pomysł stworzenia w Bolesławcu Dyskusyjnego Klubu Filmowego.

– Trafiłem na kierownika kina objazdowego, to on podsunął mi taki pomysł – mówi Jurek. – Mimo że nie było dobrych warunków w „Relaksie”, bo nie miałem sali projekcyjnej, to i tak założyłem klub. Filmy brałem z Wrocławia, konsultowałem się z zaprzyjaźnionymi dziennikarzami filmowymi, współpracowałem ze szkołą filmową w Łodzi.

Na seanse w klubie przychodziło do 30 osób, ale organizowane w kinie Forum prelekcje miały nadkomplet. Z agendy rządowej ds. dystrybucji filmów udało się dostać filmy ocenzurowane tzw. „półkowniki”. – Puszczałem wszystko: komedie, westerny, filmy sensacyjne – wspomina Jurek. – Wielką sensację zrobiła „Matka królów”, mocno niepoprawny politycznie film w tamtych czasach, oraz „Diabeł” Żuławskiego. Ten obraz wielu wtedy zszokował.

Organizator pokazów filmowych nie spotkał się nigdy z jawną interwencją cenzury. Największe obawy miał, kiedy wyświetlił film „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego. Obraz zrealizowany w 1981 roku trafił na ekrany w Polsce po kilku latach. Kieślowskiemu zarzucano, że oskarża w swoim dziele ustrój komunistyczny.

– Pamiętam kolejki przed pierwszym maratonem DKF – mówi Pietrzak. – Wyświetlałem wtedy „Przeminęło wiatrem”. Film przewiozłem w toalecie pociągu. Było tego parę skrzyń i trzeba było pilnować, bo to nie dość, że kopia była strasznie droga, to jeszcze nie było na nią licencji ze Stanów. Można powiedzieć, że to było czyste piractwo kinowe.

Jurek z klubu Relaks odszedł w 1990 roku. Przyczyną był alkohol. Jego choroba się rozwijała.

Historia picia

Kiedy Jurek analizuje początek uzależnienia, wraca do lat szkolnych i pijanych weekendów. – Teraz, cofając się w historii picia, uważam, że byłem uzależniony już w szkole średniej – przyznaje dzisiaj trzeźwy Jurek. – Zawsze w soboty i niedziele piłem więcej niż inni. Najpierw wino, potem mocniejsze alkohole. Nie zauważałem tego. Przeszkadzały kace, stany nieciekawe. Mogło mi to dać coś do myślenia, ale chyba alkoholik musi upaść, by zrozumieć…

Rok 1990. Czas wkrótce po zrezygnowaniu z prowadzenia DKF-u był najbardziej nieciekawym okresem w jego życiu. – Byłem uzależniony od alkoholu, nie miałem nadziei, że przestanę pić, nic nie wskazywało nawet na to, że zrobię sobie krótką przerwę – wspomina Jurek.

Na krótko wyjechał do Niemiec do pracy. Tam też dużo pił. Nazywa to okresem zawieszenia. Trwał on siedem lat. W 1997 roku rękę wyciągnęła do Jurka koleżanka i dała mu pracę w swojej firmie. – Chodziłem bez celu po ulicy, ona dała mi szansę – mówi. – Pracowałem u niej i sprzedawałem imprezy. Najpierw była to praca dorywcza, potem wzięła mnie na cały etat. Moja choroba była tak zaawansowana, że tego nie wykorzystałem. Cierpiała rodzina i cierpiały osoby, które chciały mi pomóc.

W końcu nie wytrzymała też znajoma Jurka. Uznała, że nie można tak dalej funkcjonować, a dawanie pracy alkoholikowi wcale mu nie pomaga. Jurek trafił na pierwszą terapię. – Przed wyjazdem do szpitala znajoma puściła mi piosenkę mojej ulubionej grupy Pod Budą – opowiada Jurek. – Oboje byliśmy zdenerwowani. Chciała mnie jakoś uspokoić, pocieszyć, podtrzymać na duchu. Jednak terapia się nie udała, choroba była podstępna, nie uczestniczyłem w żadnych zajęciach. Zrobiłem to dla rodziny, nie dla siebie i nie wyszło – dodaje.

Chociaż Jurek miał okresy abstynencji, to były krótkie i w 1998 roku, nie radząc sobie z piciem w pracy, odszedł z niej. Znów był bez pracy, nie miał celu i nie miał nadziei. Z ulicy wziął go kolejny pracodawca. Pracował u niego kolejne 10 lat. – Pracowałem w księgarni. Spełniałem się w tej pracy, ale nie byłem trzeźwy. Ostro reagował na to właściciel, potrafił mi przemówić do rozsądku, nie cackał się. Dlatego to tak długo trwało, ale i on ze mną nie wytrzymał – przyznaje Jurek.

Z piciem, jak mówi, było mu wygodnie. Szedł do pracy, po godzinie zaczynało mu czegoś brakować. Zaczynało się drżenie rąk, trzeba wtedy wyjść i „uzupełnić chemię”, więc wymyślał jakiś pretekst do wyjścia na chwilę, jakąś sprawę do załatwienia. Wracał już inny. Spokojniejszy, ale pachnący alkoholem. Wszyscy to widzieli, czuli w oddechu, wyglądzie, zachowaniu, ale alkoholik tego nie widział. – Ten stan można porównać do takiego ogólnego poczucia „dodupizmu” – wyjaśnia Jurek. – Budzisz się rano, nie masz wokół siebie nikogo i niczego. To co robić? Napić się trzeba. Uzupełnienie chemii jest najważniejsze.

W końcu Jurek wyprowadził się z domu i wprowadził do matki, której zrobił piekło. Przez pół roku był w depresji. W nocy nie spał, nie miał celu, nie jadł, myślał tylko o tym, gdzie pożyczyć pieniądze, by się napić. Wtedy przyszła propozycja wyjazdu do pracy w Londynie.

Pijany Londyn

W Anglii Jurek miał daleką kuzynkę, która wiedziała, że jest alkoholikiem. Mimo to zaproponowała mu pomoc w znalezieniu pracy w Londynie. – Pojechałem tam i pracowałem na zmywaku w dużym centrum handlowym – opowiada. – Do autobusu do Wielkiej Brytanii wsiadłem pijany ze zwichniętą nogą, którą skaleczyłem wcześniej też po pijaku. Do dziś się zastanawiam, jak można zdecydować się na wyjazd prawie bez języka, z chorą nogą, pijanym?

W Londynie nie przestał pić, ale w pracy dawał radę. Na początku nawet wysyłał do domu pieniądze. Potem wszystkie zaczęły być potrzebne na alkohol. Błędne koło się zamknęło i pracę stracił. Znalazł się na bruku.

– Podszedłem na ulicy do jakiś ludzi, by mi dali na bułkę, a oni zaoferowali mi pracę w sortowni śmieci – opowiada o swoim losie bezdomnego Jurek. – Znów znalazłem pracę. Odpaliłem im za to działkę, bo taka była umowa. Znów zaczęło mi się wieść. Miałem konto w banku, mieszkanie. Ale picie było częste, destrukcyjne, wszyscy tam pili. W sortowni pracowali sami Polacy, nie różniłem się od nich…

Kolejny raz Jurek stracił pracę i mieszkanie. Był bezdomnym przez sześć miesięcy. Mieszkał w garażach w jednej z dzielnic Londynu. Miał tam swoje lokum. Znał restauracje i godziny, w których wystawiano przed nimi jedzenie dla biednych. Chodził do dziennego klubu dla bezdomnych, gdzie była kawa i telewizja oraz bilard. I pił. Znalazł kolegów, którzy mieli pieniądze, więc pił z nimi.

– Przespałem się raz na ławce. Była zima – opowiada o ostatnim etapie swojego pobytu na ulicy. – Obudziłem się i nie miałem czucia w stopach i w rękach, przemroziłem je. To mnie przeraziło i otrzeźwiło.

Bóg się przede mną nie zamknął

Jurek znalazł jeszcze jedną pracę i też ją stracił. Pomagali znajomi. Z zajmowanego pokoju wyszedł, jak stał. Nie wie, czy szedł się zabić, czy szukać pomocy. Ale w rezultacie schorowany, wyglądający jak ostatni lump dotarł do Polskiej Ambasady. Pani konsul zadzwoniła do „Barki” – organizacji pomagającej Polakom wrócić do kraju w trudnych sytuacjach. Jurek dostał bilet do Bolesławca. Po powrocie pił dalej.

– Było jak w Londynie, piłem, padałem na ulicy, zabierała mnie erka – opowiada o swoim powrocie. – Kiedy zabrali mnie znów na odział ratunkowy, przyjmujący mnie lekarz postawił sprawę jasno, bez owijania w bawełnę. Powiedział mi, że umrę, jeśli będę dalej pił. Może mnie wysłać na odwyk, ale potem zrobię, co będę chciał. Poszedłem na detoks, na terapię i zacząłem uczęszczać na spotkania Anonimowych Alkoholików.

Jurek do spotkań podchodził z dystansem. Nie opuszczał ich, ale nie czuł się w tym do końca dobrze. – Nie powiem, że mnie to porwało, ale z uporem maniaka chodziłem – opowiada. – Olśnienia doznałem później, na Dniach Trzeźwości w Krzeszowie. Po raz pierwszy się wyspowiadałem i porozmawiałam z księdzem Bronkiem, duszpasterz alkoholików. Czekałem bardzo na spowiedź u niego, prawie do północy. Rano poszedłem do komunii, uczestniczyłem w drodze krzyżowej. To był dla mnie nowy dzień trzeźwego życia. Obudziła się moja duchowość. Przestałem być wrakiem bez uczuć i wiary.

Jurek mówi, że później zaczęły dziać się cuda. Wyszedł ze schroniska dla bezdomnych, znalazł lepszą pracę i mieszkanie. Pomagała mu w tym wspólnota AA. – To olśnienie, które przyszło w Krzeszowie, ciągle mnie trzyma – kończy swoją opowieść. – Wsparcie na mitingach bardzo dużo mi daje. Mogę czerpać dobro z mojego trzeźwienia. Koncert Piotra Nagiela to dla mnie osobista sprawa, robię to dla siebie, dla wspólnoty, dla trzeźwości.

Koncert Piotra Nagiela – 2 lutego

Koncert, którego Jerzy Pietrzak jest pomysłodawcą, a Stowarzyszenie „Przemiana” organizatorem, odbędzie się w czwartek o godzinie 19:00. Bilet wstępu 20 zł, do kupienia w Biurze Podróży „Perfekt” przy ul. Sierpnia '80, w siedzibie Stowarzyszenia „Przemiana” przy ul. Komuny Paryskiej i w kinie Forum w Punkcie Informacji Turystycznej i Kulturalnej (stanowisko przy kasach kina). Portal i gazeta „Istotne informacje” są patronem medialnym wydarzenia.

(informacja: Grażyna Hanaf)