Laureaci konkursu „List” nagrodzeni

Laureaci konkursu „List” nagrodzeni
fot. Gerard Augustyn Znamy zwycięzców konkursu literackiego „List”. Patronem medialnym wydarzenia był portal Istotne.pl.
istotne.pl konkurs, gokis, list

Ocalić od zapomnienia sztukę pisania listów – taka idea przyświeca organizatorom konkursu literackiego „List”. Hasło tegorocznej edycji brzmiało „Dziękuję... przepraszam” – jego interpretacja należała do uczestników. Patronat nad wydarzeniem objął szczeciński oddział Związku Literatów Polskich. Listy oceniała komisja konkursowa w składzie: Róża Czerniawska-Karcz, poetka i szefowa szczecińskiego ZLP, Barbara T. Dominiczak, poetka, oraz Rafał Podraza, poeta i dziennikarz.

Pierwszą nagrodę w kategorii 10-13 lat otrzymała Laura Przydróżna z Kruszyna. Laureatami drugiej nagrody zostali ex aequo: Alicja Kucharska ze Szczecina i Michael Ziembikiewicz z Nowej Wsi. Trzecie miejsce zajęła Dominika Kulczycka z Brzeźnika. Wyróżnienia przypadły: Joannie WalczyńskiejKamilowi Drzastwie (oboje ze Szczecina).

Wśród 14-15-latków najlepszy list napisała Roksana Salwerowicz z Bolesławca. Drugą nagrodę jurorzy przyznali ex aequo: Martynie Stasiak z Bolesławca, Magdalenie Batkowskiej z Gryfic i Kindze Rudy ze Szczecina. Wyróżnienia otrzymały: szczecinianka Roksana Siwek oraz Katarzyna Marciniszyn z Dębna Lubuskiego.

W kategorii 16 lat i powyżej pierwsza nagroda przypadła bolesławiance Elżbiecie Erban. Drugie miejsce zajęła Danuta Buryło z Tomisławia, a trzecie – Czesława Knafel z Bolesławca. Jury przyznało też trzy wyróżnienia. Otrzymali je: Adam Szewczyk ze Szczecina, bolesławianka Anna Guzik i szczecinianka Joanna Żurawska-Fleming.

Poniżej prezentujemy uwagi komisji konkursowej:

Jury, doceniając pomysł promujący sztukę pisania listów, która, w dobie SMS-ów i maili zanika, spośród dziesiątków nadesłanych prac konkursowych, w ożywionej dyskusji wyłoniło laureatów, nadawców listów w trzech kategoriach. Znalazły się wśród nich prace nagrodzone równorzędnie.

W kategorii listów napisanych przez uczniów szkół podstawowych doceniliśmy estetykę, a nawet pomysłowość w ozdobieniu listu (dobrane papeterie, staranne pismo, autentyczność treści).

W pozostałych kategoriach wiekowych już tej staranności zabrakło. Tylko nieliczne listy były napisane na papeterii, wiele z nich wręcz raziło niedbałością (wyrwane kartki, nawet nieprzycięte, skreślenia w tekście, nieczytelność). [...]

List Pani Elżbiety Erban z Bolesławca jurorzy uznali za wzorcowy tekst sztuki epistolarnej, ponieważ spełniał wszystkie jej kryteria. Piękna poprawna polszczyzna, potoczystość wypowiedzi, wielotematowość treści, czytelne pismo. Dlatego też jurorzy zgodnie przyznali autorce nagrodę Prezesa Związku Literatów Polskich Oddział w Szczecinie [podkreślenie – red.].

Niektóre listy nie spełniały kryterium tego gatunku. Wśród nadesłanych prac znalazły się bowiem opowiadania, bajki, recenzje, sprawozdania, których nie dopełniały elementy charakterystycznych form wskazujących na przynależność do listu. Ten bowiem powinien być napisany na estetycznej kartce, poprawnym polskim językiem, bez błędów ortograficznych!

Z niepokojem stwierdzamy, że wielu opiekunów i rodziców młodszych nadawców listów pozwoliło wysłać prace niesprawdzone, pełne błędów ortograficznych, gramatycznych, fleksyjnych, interpunkcyjnych i stylistycznych.

Jury gratuluje laureatom nagród i wyróżnionym. Wyrażamy też uznanie pomysłodawcom i organizatorom tego cennego i jakże potrzebnego konkursu, dzięki któremu kultywowana jest tradycja porozumiewania się pięknym słowem za pomocą pióra.

Chciałoby się wręcz powtórzyć za Poetką – Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, która właśnie 24 listopada skończyłaby swoje 120 lat:
„Kiedy do mnie piszesz
Nie wystukuj wszystkiego na maszynie
Dopisz jedną linię własną ręką
Doprawdy nic wielkiego”.

Uroczystość wręczenia nagród odbyła się w piątek, 25 listopada, w restauracji Kruszyna w Kruszynie. Patronem medialnym wydarzenia był portal Istotne.pl.

Poniżej prezentujemy najlepsze prace:


List Elżbiety Erban

Bolesławiec, 2.10.2011 r.

Kochanie!

Jak to miło, że zatelefonowałaś. Nareszcie miałyśmy okazję pogadać dłużej, powspominać dawne czasy. Gadałyśmy bite dwie godziny i gdyby nie Twoja zniżka, rachunek byłby gigantyczny. Rewanżuję się teraz równie długim listem i mam nadzieję, że przy nim nie uśniesz.

Jest wieczór, ale wyłączyłam telewizor, zdenerwowana bezmyślnym programem TV. Z jednej strony głupawe i płytkie polskie seriale na przemian z amerykańskimi filmami o glinach goniących drania. Terkoczą kałasznikowy, krew kapie na dywan, a aktorki pokazują wszystko, co mają – prócz talentu.

Jako dzieci, chodziłyśmy do kina Orzeł na filmy radzieckie, bo innych wtedy nie było. Minęły lata i w kinach mamy znowu tylko amerykańskie filmy, z tą różnicą, że są mniej dydaktyczne od tych z ZSRR, lecz posiadają podobne przesłanie: USA ratuje świat przed zagładą. Dzięki Ci, Boże, że jak dotąd to im się nie udało!

Jedynym akcentem komediowym w TV są ogłoszenia wyborcze. Politycy udają, że obiecują, a wyborcy udają, że im wierzą, i w rezultacie strzelają sobie samobójczą bramkę.

Zawsze kierujemy się emocjami i brakuje nam zimnego rozsądku. W naszym wieku możemy już sobie pozwolić na słowa krytyki. Czy zauważyłaś, że im człowiek starszy, tym chętniej wraca do lat młodości? Ja mogę nie pamiętać, co wczoraj było na obiad, ale widzę obrazy i przypominam sobie rozmowy prowadzone wiele lat wstecz. Na przykład oglądam kiepski polski serial „wojenny” z wydumanymi przygodami i natychmiast wracam myślą do czasów prawdziwej okupacji. Wracałyśmy z Mamą ze spaceru i przechodziłyśmy przez most. Naraz z oby stron zajechały „budy” z żandarmami i gestapo. Most został zamknięty, a stojący na nim ludzie poddani rewizji. Krzyk, wrzask, bicie. Blade z przerażenia stałyśmy z podniesionymi rekami, nie rozumiejąc, co się dzieje. Dopiero po powrocie do domu okazało się, że był zamach na konfidenta, a nasi chłopcy z AK stali o kilka kroków dalej, trzymając w uniesionych rękach czapki, w których ukryli pistolety. Gdyby Niemcy to dostrzegli, wszyscy bez wyjątku zostalibyśmy rozstrzelani. Śmierć chodziła wtedy za nami krok w krok.

Dlatego wyłączam telewizor, gdy emitują obecnie nakręcony serial wojenny, w którym smarkaty reżyser każe swoim bohaterom paradować po ulicach czystej, eleganckiej Warszawy w modnych skórzanych kurtkach. Głupiec nie wie chyba, że stolica w 1939 r. była bombardowana i zrujnowana, a skórzaną odzież nosili wyłącznie Niemcy. Polaka złapanego w kurtce obdarliby dosłownie ze skóry!

My, dzieci wojny, jesteśmy nią naznaczeni – jak piętnem. Cokolwiek się dzieje, wracamy pamięcią do tamtych dni i tamtych ludzi. Naszych wspaniałych chłopców i cudownych dziewcząt, jakże innych od współczesnej młodzieży, słabej psychicznie, ordynarnej i – co najgorsze – bezideowej.

Często łapię się na tym, że zniesmaczona czasem, w jakim mi żyć wypadło, wracam myślami do miejsc ukochanych. Nasz dom stał na wysokim brzegu, otoczony ogrodem, a niżej płynęła rzeka. Już nigdy potem nie jadłam tak smacznych owoców jak nasze. Z balkonu na piętrze obserwowaliśmy w 1944 roku tysiące kolorowych pocisków mknących w ciemne niebo. Wieczorami babcia siadała do fortepianu i grała tańce salonowe z czasów młodości albo Chopina, ale przy zamkniętych oknach, bo jego muzyka była zakazana. W niedzielę schodzili się goście, dalsza rodzina. Starsze panie w czarnych sukniach do kostek i koronkowych żabotach spiętych kameą oraz panowie w przedwojennych gabardynowych garniturach i popielatych getrach na przechodzonych lakierkach. Całe towarzystwo rozsiadało się na kanapach i fotelach. Babcia podawała okupacyjne „smakołyki”: chleb z jakąś margaryną i własną nalewkę z wiśni. Ja dygałam grzecznie i każdą ciociobabcię i wujodziadka całowałam w rękę. Taki był zwyczaj. Och, nienawidziłam tego serdecznie i gdy tylko mogłam, zwiewałam z domu nad rzekę puszczać bańki mydlane.

Gdy goście się rozeszli, babcia wzdychała z ulgą: Nareszcie! Pamiętam jak dziś sierpień '44 roku. Huk armat zwiastował nam zbliżanie się ofensywy. Z ukrytego radia płynęły rozpaczliwe dźwięki „Z dymem pożarów”, to BBC nadawało relację z walk powstania warszawskiego. Wszystkie panie szyły biało-czerwone opaski, bo lada dzień powstanie miało ogarnąć cały kraj. Paweł, syn mojego ojca chrzestnego, podrzucał nam coraz to nowe wiadomości i śpiewał głośno „Serce w plecaku”.

Mój Boże, Paweł. Miał budowę atlety, twarz greckiego efeba i burzę złoto-rudej czupryny. Szalenie odważny, ciągle po mszy w konspiracji, wychodził cało z niebezpiecznych akcji. Znakomity pływak, lubił przebywać w rzece. Raz złapał grypę i postanowił utopić ją w wodzie. Grypy nie utopił, ale dostał tyfusu i po kilku dniach już nie żył. Może to i lepiej, bo w 1945 roku, parę miesięcy po jego zgonie, przyszli po niego panowie z UB.

Kiedy kilka lat temu pojechałam do miasta mojego dzieciństwa po raz pierwszy od lat, osłupiałam. Tam, gdzie dawniej stały urocze drewniane dworki w gęstwinie ogrodów, teraz wznosiły się wieżowce. Rzeka ujęta była w cementowe koryto, stare zabytkowe uliczki zamieniły się w drogi szybkiego ruchu. Może to i nowocześnie, ale cały urok miasta został bezpowrotnie zniszczony.

Postanowiłam moje wspomnienia zapisywać w komputerze, bo czasem aż trudno mi uwierzyć, że lata, w których dorastałam, dla dzisiejszej młodzieży to tylko nudna historia, często niestety zakłamywana. Dziś ludzie żyją pospiesznie, dniem dzisiejszym, a współczesna młodzież różni się diametralnie od swoich rówieśników z tamtych lat, a nawet wstydzi się patriotyzmu.

Niedawno słyszałam w TV rzecz wprost kuriozalną. Są młodzi ludzie, którzy deklarują, że czują się Europejczykami, nie Polakami. Wyobrażasz to sobie? Słonko, będę Ci wdzięczna za przypomnienie mi, jaki idiota wymyślił slogan „Droga do Europy”, tak jakby Polska od zawsze nie leżała w tej części świata.

Dawno nie byłaś w Bolesławcu, ostatnio bardzo wyśliczniał. To już nie to miasto min i zgliszcz, jakie zastaliśmy w 1945 r. We wrześniu był w parku festyn, czułam się bardzo źle i nie poszłam, zresztą wszystko doskonale słyszałam w mieszkaniu przez balkon. Spodziewałam się wrzasku rodzimych „kwiczołów”, jak powiadał śp. Jerzy Waldorff, ale byłam mile zdziwiona, bo tym razem wystąpił m.in. chór męski i śpiewał pieśni z powstania styczniowego oraz piosenki legionowe. Nie wierzyłam własnym uszom, słysząc pieśń: „Hej, strzelcy wraz, nad nami Orzeł biały” z powstania w 1863 r., tak często graną i śpiewaną w naszym domu. Przecież dziadek był synem powstańca i fakt ten napawał go dumą. Słowa do tej pieśni napisał galicyjski poeta Władysław Anczyc dla młodzieży rwącej się do walki. W roku 2013 minie 150 rocznica wybuchu powstania, ale kogo to dziś obchodzi?

Dziękuję Ci, Kochanie, że troszczysz się o moje zdrowie. Cóż, nie jest najlepsze, ale to już wina wieku i genów przekazanych nam przez przodków. Jesienią samotność jest szczególnie dokuczliwa i przykra, za oknem wcześnie zapada zmrok, siąpi deszcz i wieje porywisty wiatr. Staram się nie myśleć o chorobach i żyć pełnią życia, nie zasklepiać się w domu ze swoimi myślami, ale być między ludźmi i coś robić. W ciągu roku nauczyłam się posługiwać komputerem, sprawiłam sobie telefon komórkowy i nową fryzurę, słowem, jestem „na topie”. Ale czasami żałuję, że tak szybko przemijamy i wkrótce odejdziemy w cień zapomnienia jak inne minione pokolenia.

Dużo pracują przy komputerze, wpisując wszystko, co zapamiętałam ze wspomnień rodziców i dziadków. To również jest historia godna pamięci. Spieszę się, bo nikt z nas nie zna dnia ani godziny.

Miałaś do mnie żal, że długo się nie odzywałam, obiecuję, że będę częściej dawała o sobie znać. Ach, przepraszam Cię najmocniej, że w telefonicznej dyskusji podniosłam głos i trochę na Ciebie nawrzeszczałam. Cholerna polityka, zdolna poróżnić nawet rodzinę. Ale nie cofam ani słowa z tego, co powiedziałam. Pamiętasz? Babcia zawsze ubolewała, że jestem uparta jak młoda oślica. Nie pytam o Twoje zdrowie, bo dużo o tym rozmawiałyśmy, lecz błagam, uważaj na siebie, bo licho nie śpi.

Jeszcze raz dziękuję za telefon i bardzo żałuję, że cierpisz na „piórowstręt”, więc nie namawiam Cię do pisania. Niech już będzie ten telefon!

Ściskam Cię serdecznie
zawsze kochająca Ela


List Danuty Buryło

Tomisław, 5.10.2011 r.

Kochana Pani Eleonoro!

To ja, Danusia, studentka rusycystyki. Pamięta mnie Pani? Ja wiem, wiem. To już tyle lat! Ja wyjechałam, Pani dawno odeszła tam, gdzie spokój i radość wieczna. Nie zdążyłam przeprosić i powiedzieć tylu rzeczy...

Od pierwszych dni naszego poznania wiedziałam, że jest mi Pani bliska. Pomimo różnicy wieku świetnie się rozumiałyśmy. Uwielbiałam słuchać Pani opowieści o przeżyciach wojennych, o miejscu Pani urodzenia, o spełnionych i niespełnionych nadziejach. Zachwycałam się Pani wymową, elokwencją, sposobem bycia. Była Pani prawdziwą damą. Czy pamięta Pani, jak wybrałyśmy się do teatru na „Eugeniusza Oniegina”? Włożyła Pani wówczas fioletową suknię z prawdziwego kaszmiru. Do tego czarne korale, bardzo piękne. Czułam się wyróżniona. Chichrałyśmy się, idąc na tramwaj, z tego „Как дойти до тротуара”. Pamięta Pani?

Kochana Pani Eleonoro! W tym roku kończę pięćdziesiąt lat. Boże, jaki strasznie długi ten liczebnik. Nie umiem zaakceptować tego faktu, ale przecież muszę. Wciąż czuję się młodo, chociaż tyle się przeżyło. Mam męża (tego samego, którego Pani poznała), pięcioro wspaniałych dzieci. Pracuję, mam własny dom.

To wszystko wydarzyło się w ciągu trzydziestu lat. Tak dawno się nie widziałyśmy. Wiem, że chciałaby Pani wiedzieć, co u mnie. Tak. Jestem szczęśliwa. Mieszkam wśród swoich, pod ręką mam kochanych Rodziców, którzy nigdy nie zostawili mnie w potrzebie. Może dlatego czuję się młodo, bo zawsze dla moich rodziców jestem ich kochaną córeczką.

Czasem opowiadam rodzinie o Pani. Mówię im, ile Pani przeżyła i jak była Pani silna i zdeterminowana w walce o utrzymanie Rodziny. Straciła Pani ukochanego męża, własną fabrykę, dom. Przyjechała Pani zza Buga sama, z trójką małych dzieci, i rzuciła się Pani w wir pracy. Mówiła Pani, że praca pomogła zapomnieć o tej tragedii, jaka dotknęła Panią w ostatnim roku wojny. We Wrocławiu spotkała Pani życzliwych i mądrych ludzi. Podziwiam Panią, że nie znalazła Pani żadnego mężczyzny. Przecież była Pani piękną, młodą kobietą!! Adorowaną!

Droga Eleonoro, czy mogę zwracać się do Pani per ty? Jesteś mi tak bliska jak mama, jak babcia.

Tak, tak. Bardzo musiałaś kochać swojego męża. Przez czterdzieści lat trzymałaś jego fajkę na biurku. Pamiętam. W Twoim mieszkaniu na Sępolnie mnóstwo było rzeczy-wspomnień. Twój pamiętnik (raz pod Twoją nieobecność przeczytałam fragment – rzecz warta opublikowania!!), fotografie, obrazy, no i stara gitara klasyczna, na której pięknie grałaś. Któż by się spodziewał tego po staruszce? Ty ciągle czymś zaskakiwałaś. Nigdy nie pozwoliłaś mi rozwiązywać krzyżówki w Twym ukochanym „Przekroju”. Lubiłaś się potrudzić.

Pamiętam Twoje lekcje etykiety (przydały mi się w życiu). Byłam wtedy zaledwie dziewiętnastoletnią panną. Twoje przepisy na gruszki w śmietanie, barszcz ukraiński (mam ten przepis, Twoją ręką pisany) czy twarożek ze szczypiorkiem do dziś stosuję i przekazuję dalej. Kasztany leżą przy łóżku jak u Ciebie. Ale gorczycy w woreczku nie noszę.

Kochana Eleonoro! Kiedy wyjechałam z Wrocławia, Ciebie nie było w domu. Wiem, że wtedy zajmowałaś się Kasią. Ach, jak żałuję, że akurat wtedy musiałaś być poza domem. Już nigdy się nie spotkałyśmy. Mam żal do siebie, że Cię później nie odwiedziłam. Napisałaś mi w liście, że czułaś, iż porzucę studia. Wiedziałaś, że pójdę za swoją miłością. W końcu też kochałaś Kogoś ponad życie. Mówiłaś, że po jego stracie również chciałaś odejść, ale były przecież dzieci.

Mój wybór był trafny. Nie pomyliłam się. Wiem, że zależało Ci na moim szczęściu.

Eleonoro kochana! Kiedy wreszcie przyjechałam do Ciebie, zastałam zamknięte drzwi. Pan Siemaszko zaprosił mnie na herbatkę i wszystko mi opowiedział. Dowiedziałam się, że straciłaś drugiego syna – Zbyszka. Mój Boże, jak Ty musiałaś cierpieć! Wreszcie sama się rozchorowałaś. Odchodziłaś w samotności.

Ale teraz na pewno jest Ci dobrze. Masz ukochanego męża i dwóch Twoich chłopców. Byłaś z nich bardzo dumna. Astronom, literat. Wspaniale ich wychowałaś.

Jeśli patrzysz na ten świat z góry, w co gorąco wierzę, to widzisz na ziemi jaśniejszy punkt. To jest ta aura, którą pozostawiłaś po sobie. Dobre myśli, dobre rzeczy. Życie ma jednak sens.

Szczęśliwa jestem, że spotkałam Cię na swej drodze życia, ale przepraszam, że nie zdążyłam. Przepraszam.

Danusia, studentka rusycystyki z roku 1981

PS Może Kasia opublikuje Twój pamiętnik? Przeczytam go z zapartym tchem.


List Czesławy Knafel

Londyn, 7 maja 2011 r.

Kochani Mamo, Tato!

Zapewne zdziwi Was mój list po kilkuletnim milczeniu. Tak, to prawda, że listy, które od Was otrzymywałem, nie czytając nawet, darłem na strzępy i po prostu wyrzucałem. Z góry zakładałem ich treść. Nie chciałem żadnych pouczeń. Skóra cierpła mi na wspomnienie Twoich, Mamo, próśb: „przemyśl to, synku, nie warto porzucać wszystkiego, co ważne, dla pieniędzy”.

Jak ja Cię, Mamo, nienawidziłem za te słowa! Uważałem, ze stajesz mi na drodze do szczęścia i sukcesu. Świat stał dla mnie otworem, a Ty mi mówiłaś o rodzinie, wartościach, tradycjach!

Po przejechaniu kilku kilometrów od domu z ulgą pozbyłem się dyndającego breloczka ze św. Krzysztofem, usunąłem z listy kontaktów Kaśkę oraz numer do Taty. Wreszcie byłem wolny i szczęśliwy!

Długo, długo byłem o tym przekonany. A przez ostatni rok już tylko to sobie wmawiałem. Ale już dłużej tak nie chcę i nie mogę. Dzisiaj jestem innym człowiekiem. Wytrzeźwiałem, przejrzałem na oczy. Nie, nie zbankrutowałem; wręcz przeciwnie – jestem bogatym człowiekiem. Najgorsze jest to, że nawet nie mam z kim dzielić radości ze swojego posiadania. Strasznie mi Was wszystkich brakuje.

Kochani! Wybaczcie. Teraz już wiem, co mógł czuć syn marnotrawny, podejmując decyzję o powrocie do ojca. Czy wiecie, że Kasia mi wybaczyła? Jednak mam wspaniałą żonę. Rozmawiałem też z dziećmi. Czekają na mnie. Cieszę się bardzo i wierzę, że uda nam się odbudować rodzinę.

Wiem, że to dzięki Wam przyszło olśnienie. Jestem świadom, że to, o czym tak bardzo przed laty chciałem zapomnieć, uratowało mnie. Powtórzę Mamo za Tobą: „człowiek może zbłądzić, ale jak ma prawdziwy kręgosłup...”. Dziękuję Wam, Drodzy Rodzice, za wszystkie prawdy, za Waszą niezłomność, za działalność Taty w stanie wojennym, za wszystkie rozmowy z naszym proboszczem. Wróciło to do mnie jak bumerang. Fakt, że bardzo późno.

Kochani! Nie znajduję słów, które wyraziłyby to, co obecnie czuję. Wiem, że zwykłe słowo „przepraszam” zawsze będzie za małe. Pamiętasz Mamo, jak w dzieciństwie mówiłaś mi, że to magiczne słowo? Ja dzisiaj chcę wierzyć w jego skuteczną magię.

Mamuś! Tatko! Bardzo chciałbym Was zobaczyć. Bóg to już wie, a ja tylko mam ogromną nadzieję, że stanie się to możliwe. Przekażcie, proszę, Kasi swoją decyzję.

Pozdrawiam Was i serdecznie całuję
Wasz syn Jan

PS Zauważyłem wczoraj u siebie pierwszy siły włos. Może to dowód, że naprawdę dojrzałem.


List Roksany Salwerowicz

Bolesławiec, 11.10.2011 r.

Drogi Panie Poe!

Na wstępie mojego listu chcę Pana bardzo serdecznie powitać. Wiem, że jestem zupełnie obcą osobą, dlatego w kilku słowach opowiem coś o sobie. Mam na imię Roksana. Wyglądam zwyczajnie: brązowe proste włosy do ramion, niebieskie oczy, średni wzrost. Wolę o sobie nie pisać, mimo że taka powinna być forma listu. To nie ja jestem najważniejsza. To Pan, Panie Poe, jest dzisiaj bohaterem.

Jakiś czas temu przeczytałam opowiadanie pod tytułem „Czarny kot”. W opowieści tej głównym bohaterem był człowiek uzależniony od alkoholu. Mężczyzna zabił swoją żonę oraz ich wspólnego kota. Policja odnalazła zwłoki kobiety, które wskazał duch nieżyjącego zwierzaka. Nie jestem zwolenniczką horrorów, ale ten sprawił, że miałam dreszcze. W dzisiejszych czasach pisze się innym językiem, ten gatunek literacki jest bardzo popularny. Przyznam się, Drogi Autorze, że przeczytałam niejedną pozycję współczesnego horroru. I nie dorównują one klimatowi grozy Edgara Allana Poe.

Dzisiaj wiem, że było Panu bardzo ciężko. Wiele uzależnień, bieda, niewyjaśnione choroby, niezdrowa rywalizacja, nieszczęśliwa miłość były częścią Pańskiego życia i niejednokrotnie głównym wątkiem utworów.

Później sięgnęłam po więcej opowiadań. Ach, „Maska czerwonej śmierci” wywarła na mnie ogromne wrażenie. Dzięki niej zobaczyłam, że śmierć może dosięgnąć każdego, nawet tych, którzy posiadają najwięcej pieniędzy. Jest zaskakująca i nieprzewidywalna. Może być brzydka, ale w przebraniu, z czerwoną maską na obliczu.

Te nieprzespane noce z lampką u boku i z książką „Opowieści niesamowite” w dłoni, ten chwilowy strach i ogarniająca mnie cisza nocy sprawiły, że zakochałam się w Pana twórczości. I dlatego dziękuję.

To Ty, Kochany Autorze, sprawiłeś, że dzisiaj przelewam swoje emocje do pamiętnika, tyle że jest on schowany przed całym światem. Jest w nim dużo mniej grozy, cierpienia i niezrozumienia, ale ukrywam go, bo jest on terapią dla mojej duszy, do której mam wstęp tylko ja.

To dla mnie zaszczyt móc do Ciebie pisać. Listy nie są już modne. Teraz piszą je wyjątkowi ludzie. Tacy jak ja i Pan, Panie Poe.

Mistrzu, wiem, że nie będziesz mógł do mnie napisać, ale dzięki Twojej twórczości mogę to sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedy spotkamy się w przestworzach, odpowiesz mi na wszystkie pytania.

Z poważaniem
Roksana


List Martyny Stasiak

Zawiłków, 26.09.2011 r.

Drogi Boże!

Na wstępie każdego listu zawsze przesyłam pozdrowienia, ale nie wiem, czy wypada tak napisać do Ciebie. Piszę, ponieważ chcę podziękować.

Jestem Michał i mam 9 lat. Mieszkam z rodzicami, starszą siostrą i babcią w małym mieście. Niewiele tu się dzieje. Mieliśmy niezłe zamieszanie i długo o nas mówiono, gdy babcia spadła ze schodów i połamała sobie obie nogi. Mama kazała się dużo modlić i na szczęście z babcią jest już lepiej. I właśnie za to Ci dziękuję, bo wiem, że to dzięki Tobie. Powinienem wrzucić coś na tacę, nawet miałem zaoszczędzone pieniądze, bo zbierałem na rolki, ale musieliśmy kupić babci wózek i cała kasa poszła. Nie było tego dużo, ale za kilka lat bym uskładał.

Na początku byłem wściekły, bo przecież bardzo chciałem mieć te rolki, a babcia i tak jest stara, ale moja mama tak się zezłościła na mnie, że aż poczerwieniała jak burak. Chciałbym Cię za to przeprosić, ale jak to ujęła babcia, „młode pokolenie ma inne priorytety”. Babci zrobiłem laurkę i już się nie gniewa.

Nie wiedziałem, jak Ci podziękować, więc zapytałem panią katechetkę. Powiedziała, że na spowiedź, czyli rozmowę z Tobą za pośrednictwem księdza, jestem jeszcze za mały, ale zawsze mogę się pomodlić albo napisać list. Nie wiem, jak się modlić w podziękowaniu, więc piszę list, chociaż też nie jestem w tym dobry. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz.

Jak już napisałem wcześniej, chciałbym Ci podziękować, że z babcią jest lepiej i za to, że dzięki temu wypadkowi ma świetny wózek. Dlatego, że straciłem szansę na rolki, babcia pozwala mi pojeździć nim po osiedlu. Okazało się to żyłą złota dla mnie, bo za niewielką opłatą pozwalam chłopakom zjeżdżać z górki i pod koniec przyszłego roku powinienem uzbierać już całą kwotę na wymarzony sprzęt.

Wiem, że babcia często z Tobą rozmawia, ale nie wie, jaki masz adres. Pani katechetka też nie bardzo potrafiła mi odpowiedzieć, więc wrzucę ten list na tacę w niedzielę. Jesteś w końcu księdza przełożonym, więc pewnie Ci go przekaże.

Pozdrawiam Cię gorąco i całuję
Twój Michał


List Magdaleny Batkowskiej

Gryfice, 19.09.2011 r.

Droga Alu!

Pragnę podziękować Ci za wspaniałą książkę zatytułowaną „Niezwykły dar Diny” Lene Kaaberbol, którą mi przesłałaś. Jest bardzo ciekawa, przyjemnie się ją czyta, bo dostarcza wielu wrażeń.

Zaintrygowała mnie dziewczynka posiadająca niezwykły dar, dzięki któremu w oczach ludzi potrafi dostrzec to, czego się wstydzą i co chcieliby ukryć. Dar ten jednak przysparza jej wielu problemów, ale gdy trzeba rozwiązać tajemnicę podwójnego morderstwa i zmierzyć się z okrutnymi smokami w starym zamczysku, okazuje się niezwykle cenny.

Uzbrojeni rycerze, alchemicy i smoki wypełniają strony tej niesamowitej powieści. Godziny, które spędziłam, czytając tę niezwykłą lekturę, przenosiły mnie w czarodziejski i magiczny świat.

Z całego serca dziękuję Ci jeszcze raz za cudowne przeżycia, jakich doświadczyłam przy czytaniu tej fascynującej powieści. Dawno już nie czytałam tak wciągającego arcydzieła. Jeśli natkniesz się w niedługiej przyszłości na równie porywającą książkę, daj mi znak, a z ogromną przyjemnością znów utonę w lekturze. Tymczasem w ramach podziękowań zapraszam Cię w najbliższy piątek na pizzę.

Pozdrawiam Cię gorąco
Madzia


List Kingi Rudy

15 grudnia 1941, Semoziersk, Syberia

Najukochańszy Tatusiu!

Na początku mojego listu chciałabym Cię uspokoić i zapewnić, że ja, Mamusia, Jurek i Wiesio jesteśmy zdrowi i jak na syberyjskie warunki mamy się dobrze. Jednak bardzo za Tobą tęsknimy, brakuje nam Ciebie.

Już wkrótce Wigilia. Kolejna na obcej ziemi, Nieludzkiej Ziemi. Z trudem powstrzymywałam łzy napływające mi do oczu, kiedy wczoraj przypomniała mi się nasza ostatnia wspólna Wigilia w Sarnach, cudowna polska Wigilia z pachnącą choinką, z suto zastawionym stołem i kompletną rodziną. Tak bardzo bym chciała, abyś był teraz z nami.

Wigilię będziemy spędzać razem z rosyjskim małżeństwem w podeszłym wieku, które zgodziło się nas przyjąć do swojej chaty. Wprawdzie chata jest mała i ledwo się wszyscy w niej mieścimy, ale ma kilka zalet. Pierwsza to ta, że stoi nad samym jeziorem i Pan Pietrowicz od czasu do czasu łowi w nim ryby, a druga, że w pobliżu są sklepy.

Wprawdzie na wystawach stoją kuszące szynki i kiełbasy, ryby, ser i pieczywo, ale niestety są one drewniane. Sklepy świecą pustkami. Wszystko jest konfiskowane przez Armię Czerwoną na potrzeby żołnierzy. Razem z mamą i Jurkiem często stoimy całą noc, aby kupić mikroskopijne porcje przydziałowego chleba i mąki. Któregoś dnia Jurek przyniósł do domu mięso. Możesz Tato sobie wyobrazić minę mamy... W pierwszej chwili nie dowierzała własnym oczom, a gdy dowiedziała się, że Jurek ukradł mięso z rzeźni, w której pracuje, wpadła w przerażenie. Bała się, że jak NKWD się o tym dowie, rozstrzela jej syna. Szczęśliwie nic takiego się nie stało, a mięsem podzieliliśmy się z naszymi sąsiadami. Bardzo nam smakowało! Tylko martwimy się, jak będzie wyglądać tegoroczna Wigilia, co będziemy jedli...

Tato! To już ponad 2 lata, kiedy ostatni raz Cię widzieliśmy. Często w nocy słyszę głuchy płacz mamy, kiedy myśli, że wszyscy już śpią, i wtedy serce mi się kraje z rozpaczy i bezsilności. Najgorzej, że nie wiadomo, kiedy ta wojna się skończy i czy wrócimy do naszego kochanego kraju. Wczoraj Wiesio był w tajemnicy przed mamą na rybach z Panem Pietrowiczem i podobno ten powiedział mu, że ze Związku Sowieckiego nikt żywy nie wyjeżdża, bo Sowieci boją się, że świat dowie się, jak ludzie tutaj żyją.

Oprócz głuchej rozpaczy i przygnębienia czuję nienawiść i odrazę do funkcjonariuszy NKWD, którzy ciągle nas nachodzą i pilnują, abyśmy nic nie opowiadali o życiu w Polsce, a jednocześnie przerażenie i obawę, jak to dalej będzie. Tym bardziej że Jurek dostał propozycję wstąpienia do Armii Czerwonej. Jak się o tym dowiedzieliśmy, byliśmy wstrząśnięci.

Na całe szczęście Jurek się nie zgodził. Myślę, Tato, że to dzięki Tobie i Twoim lekcjom patriotyzmu. Jestem bardzo dumna, że mam takiego Tatę. Dziękuję Ci za lekcje patriotyzmu udzielane nam.

Na koniec jeszcze kilka zdań o Wiesiu. Jest bardzo dzielny, mimo swoich 8 lat. Pomaga nam najlepiej, jak potrafi. Rąbie drzewo, odśnieża, łowi ryby z Panem Pietrowiczem, dzięki czemu mamy co jeść, a także chodzi z Jurkiem po drzewo. Mimo że jest to bardzo niebezpieczne – bo z jednej strony bardzo głodne wilki, a z drugiej groźba rozstrzelania – to nic się nie boi. To dzięki Tobie, Tatusiu, to Ty go nauczyłeś tylu pożytecznych rzeczy.

Kończę ten smutny list, w którym chciałam przesłać Tobie część moich myśli i znak, że jakoś żyjemy, oraz zapewnić Ciebie, że każdego dnia wszyscy myślimy o Tobie i marzymy o spotkaniu z Tobą. Mamy nadzieję, że Tobie nie jest jeszcze gorzej niż nam. Możesz być dumny ze swoich dzieci i Mamy. Bardzo się stara, abyśmy mieli co jeść i w co się ubrać. Podtrzymuje nas na duchu i wierzy, że w końcu wrócimy do naszego państwa – Polski. W co ja również głęboko wierzę.

Dziękuję Ci za wszystko – za miłość, troskliwość i mądrość.

Twoja kochająca córka
Zosia

PS Dziękujemy Ci, Tatusiu, za wszystko, co dla nas zrobiłeś, czego nas nauczyłeś. Codziennie modlimy się, prosząc Boga, abyś był teraz z nami. Prosimy Cię, Boże, niech ta wojna się skończy! Tak pragniemy być razem.

Brak nam Ciebie w dniu Wigilii. Bardzo przepraszam Cię za strzępy papieru, na których piszę. Normalnego papieru tu niestety nikt z zesłańców nie widzi. Nawet w szkole sowieckie dzieci piszą pomiędzy wersami starych książek.


List Laury Przydróżnej

Bolesławiec, 2 września

Droga Dominiko!

Serdecznie dziękuję Ci za Twój list. Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale w szkole mam bardzo dużo nauki i nie miałam czasu odpisać. Ten list poświęcę odpowiedzi na Twoje pytanie, czyli jak doszło do tak dramatycznej sytuacji podczas regat...

W lipcu, jak wiesz, uczestniczyłam w obozie żeglarskim, a tuż po zakończeniu kursu odbyły się regaty, w których obie startowałyśmy. Polegały one na jak najszybszym opłynięciu pięciokrotnie jeziora. Nasza łódź była sześcioosobowa. Nazywała się Omega. Zostałam wybrana na kapitana, ponieważ jako jedyna jestem sternikiem jachtowym. Łajba miała grot i fok. Niestety, jak się później okazało, łódka nie była do końca sprawna.

Na samym początku nie mogliśmy poradzić sobie z wciągnięciem żagla na maszt, ponieważ lina była poskręcana. Jednak po wielu próbach i dużym wysiłku fizycznym udało się. Nasza załoga składała się z: Agaty, Martyny, Pauli, Mikołaja i Piotrka. Rola sternika przypadła mnie. Agata i Martyna były odpowiedzialne za wiosła, porządek na linach, a czasami przejmowały szoty, którymi zajmowali się chłopcy. Paulina pilnowała, aby grot był dobrze ustawiony. Kiedy wszystko było gotowe, popłynęliśmy na start. Usłyszeliśmy strzał i ruszyliśmy.

Nagle coś wydało dźwięk strzału z pistoletu. Przez jakiś czas nie wiedzieliśmy, co to było. Po około pięćdziesięciu metrach zorientowaliśmy się, że to wanta się zerwała. Staraliśmy się zachować zimną krew. Zaczęłam szukać wolnej szekli, ale nie znalazłam. W międzyczasie ster przejęła Paula.

Płynęliśmy bardzo szybko – jak się pewnie domyślasz – „na motyla” z podniesionym mieczem, co jeszcze bardziej zwiększyło prędkość. Natychmiast padła komenda: „Spuścić powoli miecz”. Zmieniliśmy również ustawienie żagli. Od razu zwolniliśmy i staraliśmy się utrzymać tę prędkość.

Kiedy sytuacja była w miarę opanowana, usłyszeliśmy drugi strzał. Następna wanta była luźna. Wtedy pomyślałam, że jeśli tak dalej pójdzie, to łódź się przewróci. Agata wołała o pomoc do przepływających obok nas łodzi. Każda łódź, która nas mijała, była naszą małą szansą. Niestety, za każdym razem to samo – najpierw wielka nadzieja, a następnie jeszcze większe rozczarowanie. Aż nagle usłyszeliśmy Twój głos i ofertę pomocy. Podpłynęliśmy bardzo blisko siebie i podałaś mi nasze „koło ratunkowe”. Podarowaliście nam swoją jedyną wolną szeklę.

Jedna wanta naprawiona – jeden problem z głowy. Pozostała jeszcze jedna szekla, a właściwie jej brak. Nagle przypomniałam sobie, że mam we włosach wsuwkę, a Mikołaj znalazł drugą zapinkę do metalowej liny, która trzymała maszt, i wspólnymi siłami naprawiliśmy jacht. Dzięki Wam mogliśmy kontynuować regaty, ale już jako jedni z ostatnich.

Naprawdę nie wiem, jak Ci dziękować, prawdopodobnie uratowałaś nas. Tuż po naszym dopłynięciu do brzegu jeziora na wodzie rozpętał się sztorm, a chwilę przed nim flauta, czyli cisza. Gdyby nie Wy i ten lekki podmuch wiatru, zostalibyśmy sami na środku jeziora z zerwaną wantą. Zastałby nas sztorm i wolę nie wiedzieć, co mogłoby się stać. Uratowaliście nas. Naprawdę bardzo, bardzo, bardzo Ci dziękuję. Jednocześnie przepraszam, że przez nas zajęliście trzydzieste pierwsze miejsce, a nie drugie czy nawet pierwsze. Byliście o jedno okrążenie do przodu, czyli tylko pięć minut od zwycięstwa. Jednak straciliście pozycję, by nam pomóc. Przepraszam. Jest mi źle z tym. W końcu to były zawody o puchar Polski. Dziękuję, bo bez Was nie dalibyśmy rady.

Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, za co Ci dziękuję. Oczywiście za pomoc, ale dzięki Wam poznałam też postawę prawdziwego żeglarza i zachowanie się wobec innych ludzi. Dzisiejsze „dziękuję” zawiera coś więcej niż podziękowanie za szeklę. Jest w nim podziękowanie za nauczenie mnie postawy sportowca. Nauczyłam się od Was czegoś, co będzie mi zawsze towarzyszyć. DZIĘKUJĘ!

Pozdrawiam
Laura Przydróżna

PS Pozdrów ode mnie wszystkich z Twojej załogi.


List Alicji Kucharskiej

Szczecin, 2.10.2011 r.

Drogi Mruczku!

Chciałabym, abyś mógł przeczytać ten list, w którym pragnę Ci podziękować za to wszystko, co dla mnie robisz, oraz przeprosić, że tego nie doceniam. Jesteś taki dobry i wybaczasz mi moje niewłaściwe zachowanie. Mam Ci naprawdę dużo do powiedzenia.

Jest mnóstwo rzeczy, za które chciałabym Ci podziękować. Kiedy jestem chora, Ty zawsze kładziesz się koło mojego łóżka i prawie na krok mnie nie odstępujesz. Wiem również, że mogę Ci ufać i powierzyć najskrytsze tajemnice mojego serca i nikt się o nich nie dowie. Dziękuję Ci za to, że tak pięknie mruczysz wieczorami, wypełniając całą moją duszę tą uspokajającą muzyką, że zawsze przy mnie jesteś, nieważne, jak daleko oboje się znajdujemy, bo zawsze jesteś w moim sercu. Dziękuję, że dzięki Tobie zyskałam najlepszego przyjaciela, jakiego mogę sobie wymarzyć.

Chciałabym Cię przeprosić za sporo rzeczy, pozornie błahych, ale naprawdę ważnych. Przepraszam, że nie zawsze Cię głaszczę, kiedy o to prosisz. Zdarza się, że nawet Ciebie przeganiam... Nie docenię kolejnej przyniesionej mi myszy, chociaż tyle trudu zadałeś sobie, aby ją specjalnie dla mnie złowić. Kiedy śpisz na swoim i moim ulubionym fotelu, wyganiam Cię, a powinnam po prostu usiąść w innym i nie przeszkadzać Ci we śnie. Przepraszam, że czasami nie chce mi się Ciebie nakarmić i robię to dopiero po wielu Twoich próbach zwrócenia na siebie uwagi.

Mam nadzieję, że mi wybaczysz, bo postaram się poprawić. Jestem wdzięczna za to, że pewnego październikowego dnia zjawiłeś się na moim tarasie, zostałeś ze mną i stałeś się najlepszym przyjacielem. Dziękuję, że... po prostu jesteś.

Pozdrawiam Cię serdecznie
Alicja Joanna Kucharska


List Michaela Ziembikiewicza

Nowa Wieś, 1.10.2011 r.

Drogi Panie Profesorze!

Teraz, gdy już przestał Pan uczyć w naszej szkole i wyjechał do innego miasta, jest mi szczególnie przykro z powodu mojego zachowania się względem Pana na Pańskich lekcjach. W gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego właśnie tak postępowałem. Nie chcę podawać jakichś niedorzecznych wyjaśnień. Po prostu wstydzę się za siebie, z pewnością nie dorosłem do partnerskich stosunków, jakie Pan proponował naszej klasie.

Z dystansu kilku miesięcy jasno wnioskuję, że cała wina leży po mojej stronie, a moje szczeniackie wygłupy były nie tyle śmieszne, ile żałosne. Wciąż mam wyrzuty sumienia z tego powodu i właśnie dlatego postanowiłem napisać do Pana.

Za wszystko, co złego zrobiłem, bardzo Pana przepraszam. Proszę, by przyjął Pan przeprosiny i nie zachowywał w pamięci mojego jednoznacznie negatywnego obrazu. Równocześnie chciałbym Panu podziękować. Za niezłomną wiarę we mnie, za przekazywaną wiedzę i za starania, aby nieokiełznaną grupę małolatów wyprowadzić na prostą drogę wiodącą w kierunku mądrości.

Raz jeszcze proszę o wybaczenie.

Łączę wyrazy szacunku
Michael


List Dominiki Kulczyckiej

Brzeźnik, 8.10.2011 r.

Drodzy mieszkańcy Brzeźnika!

Mam na imię Dominika. Chodzę do klasy V szkoły podstawowej. Kocham zwierzęta, a zwłaszcza pieski i kotki. Żadne zwierzę w tarapatach nie umknie mojej uwadze.

Piszę ten list, aby opowiedzieć Wam, jak cierpią wyrzucone zwierzęta. Często widzę bezdomnego psa czy kota. Niektóre z nich dzieci dostały w nagrodę. Ktoś chciał mieć ślicznego kotka. Dostał go i bardzo się cieszył. Jednak kiedy kot urósł, znudził mu się i został porzucony. Wtedy zwierzę błąka się wszędzie, głodne i zmarznięte. Przecież miało właściciela, który najpierw o nim marzył, a potem porzucił je na pastwę losu.

Przykłady niestosownego i niewłaściwego zachowania świadczą o niskiej kulturze ludzi, którzy nie są świadomi swych złych występków. Spodoba im się zwierzę, kupią je, bo jest ładne. Obdarzą opieką, sprawią, że będzie wierne i posłuszne, lecz wyjeżdżając gdzieś, myślą, że jak je wyrzucą, to problem się sam rozwiąże. Tak w rzeczywistości nie jest. Gdy nie ma co zrobić ze zwierzęciem, są przecież schroniska, tam chociaż kotek czy piesek będzie obdarzony podstawową opieką – nakarmiony i napojony. Wprawdzie nie będzie miał prawdziwego domu, ale ma szanse trafić do adopcji. Może mu się poszczęścić i znajdzie dom pełen miłości, dom na całe życie. Niektórzy ludzie są bezduszni, zapakują psa do samochodu i wyrzucą w lesie. Jego los ich wcale nie obchodzi, przecież po jakimś czasie można kupić nowego i znów z nim zrobić to samo.

Wyrzucone zwierzęta są narażone na wiele niebezpieczeństw, np. Samochody, brak pokarmu i wody, inne drapieżniki i ludzi. Te istoty też czują i chcą żyć w dobrych warunkach, a nie błąkać się po okolicy. Koło mojego domu są porzucane piękne i bardzo mądre zwierzęta. To psy czy koty, dla których, niestety, nie ma już miejsca w moim domu. Bardzo bym chciała je przygarnąć, zapewnić im nowy start, ale nie mam warunków. Daję im tyle, ile mogę.

Gdy zobaczę takie zwierzę, od razu robi mi się żal. Mieszkam przy ruchliwej drodze, dlatego słyszę trąbienie samochodów na te bezradne istotki. Boję się, że zaraz samochód odbierze jakiemuś zwierzęciu życie. Jednak dużo z nich trafia do nowych domów. Szukam ludzi chętnych, by je przygarnąć. Ja sama zaopiekowałam się dwoma bezbronnymi kotkami. Jednego znalazłam w rowie koło domu, a drugi sam wszedł do garażu. Oba zostały u nas na zawsze. Teraz mają piękne życie: śpią w domu, są codzienne karmione, poświęcam im dużo czasu i obdarzam czułością. Te zwierzęta naprawdę są bardzo wierne. Na taki los zasługuje każde z nich.

Teraz opowiem troszkę o mnie. Mam 11 lat i dużą wiedzę o zwierzętach. Kocham każde z nich. Od konia po żabę. Staram się im pomagać, jeśli jest to potrzebne. Moje hobby to „gromadzenie” zwierząt, oczywiście każde ma wspaniałe warunki życiowe. Jeżdżę także konno. Zaczęłam naukę cztery lata temu i jak dotąd nieźle mi idzie.

Raczej dobrze się uczę. W dzień robię wiele różnych rzeczy, ale znajduję czas na wszystko: na naukę, zabawy z kotami, spacer z psem, wypuszczanie chomików i oczywiście sen. Poznajcie moją małą hodowlę. „Posiadam” dwa koty: „dachowca” Boruca, który ma pięć lat, i rasowego maine coon. Ta rasa charakteryzuje się wielkością, puchatym ogonem, długą sierścią, pędzelkami na uszach i literą „M” na czole. On nazywa się Łoli i ma cztery lata. Mam jeszcze Kruczka. Półtorarocznego psa rasy husky. Jest naprawdę piękny. Odznacza się dwukolorowymi oczyma. Jedno jest błękitne, a drugie brązowe. W nocy w moim pokoju baraszkują dwa rude chomiki dżungarskie: Albi i Dandi. W wodzie pływa zachwycający, okazały czerwony bojownik Edek. Oprócz tego mam w ogrodzie bardzo, bardzo dużo ślimaków – zatoczków rogowych i małych ropuch ziemnych.

Teraz przedstawiam mojego ulubieńca: kota Łoliego. Pewnego wieczoru, kiedy wyszłam przed dom, zobaczyłam malutką, uroczą, urzekającą kuleczkę, która się obudziła i zaczęła patrzeć na mnie bystrymi oczyma. Przejęłam się, myślałam, że to młoda kuna, chciałam ją ogrzać i nakarmić, ale okazało się, że to był kotek. Zmarznięty, bezbronny kiciuś. Zabrałam go do domu. Opatuliłam i nakarmiłam. Postanowiłam z rodzicami, że zostanie u nas. Teraz ma cztery lata i wspaniały charakter. Jest bury i posiada puchaty ogon. Ma duże pędzelki na uszach. Wygląda jak ryś z dużym ogonem. Bardzo go kocham i chcę, aby mi towarzyszył jeszcze bardzo długo. Cieszę się, że trafił właśnie na mnie, przecież to był kolejny bezdomny kotek.

Kocham zwierzęta, dlatego dla mnie wielkim i poważnym problemem jest porzucanie i zostawianie na pastwę losu zwierząt. Ten problem ciągle narasta, ponieważ coraz częściej ludzie dokonują złych wyborów, decydując się na kupno zwierząt. Jak się znudzą, nie mają, co z nimi zrobić, i do niedawna kochane pupile zostają same, bez dachu nad głową, głodne i bezdomne. To jest ogromny i znaczący problem, którego końca nie widać. Ale wiem, że kiedyś to się skończy i zwierzęta będą czuły się bezpieczne. One chcą i pragną miłości, domu. Nie są zabawkami, które jak się znudzą, to się je wyrzuca. Też potrzebują jedzenia, domu i miłości, podobnie jak my.

Kiedy widzę takie zwierzęta, czuję wielki żal i rozgoryczenie, ponieważ to są istoty żywe, a nie zabawki. Potrzebują domów i miłości, której źli właściciele im nie dają. One naprawdę są wspaniałe i wierne, potrafią odwdzięczać się za okazywane im uczucia, a my je czasami tak źle traktujemy. Dlatego proszę Was, drodzy mieszkańcy, abyście zastanowili się, kiedy będziecie chcieli kupić jakieś zwierzę. Szanujcie je, dajcie mu miłość, a ono Wam się odwdzięczy wiernością i przywiązaniem. Jestem miłośniczką zwierząt i pragnę, abyście zmienili swoje podejście do nich i otaczali je miłością i czułością. Proszę, nie porzucajcie ich, one też czują i chcą żyć w spokoju.

Kochajcie zwierzaki!

Z poważaniem
Dominika Kulczycka

Logo GOKiS i ZLPLogo GOKiS i ZLPfot. GOKiS, ZLP

(informacja: GOKiS w Bolesławcu/ii)