Tragiczna tragedia

Tragiczna tragedia
fot. Krzysztof Gwizdała Ci sami ludzie, którzy rok temu publicznie manifestowali żałobę i apelowali o szacunek dla ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, dziś piszą, że rocznicy obchodzić nie będą. Chcą się bawić i organizują grilla.
istotne.pl felieton, smoleńsk
Czy uczcisz rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem?
nie
83.71
tak
16.29

Jeszcze dwanaście miesięcy temu to była tragedia przez wielkie T. Monika Olejnik płakała. Rozum spał i budziły się narodowe demony. Strach, nienawiść, upokorzenie, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Oficjalnie można było być tylko poważnym i współczującym. Kto miał inne odczucia, dla świętego spokoju milczał.

Bolesławiec okrył się żałobą, a kto jej nie przestrzegał albo był podejrzewany, że tego nie robi, mógł dostać SMS od urzędnika miejskiego, że jest bydlakiem. Lokalne portale (te większe i mniejsze) zmieniły wygląd na żałobny. Niektóre wstrzymały emisję reklam, możliwe że wbrew woli reklamodawców. Ale kto by ich pytał o zgodę w obliczu Tragedii. Telewizja lokalna też wyprodukowała czarno-białą czołówkę (ale dopiero w poniedziałek, 12 kwietnia, bo w weekend jak zawsze była nieczynna). Ludzie, którzy zaplanowali w Tym Dniu śluby, chrzciny, zaręczyny i inne radosne uroczystości (i nie mogli odwołać rezerwacji lokali) bali się, że inni potraktują ich jakby bezcześcili groby bohaterów. W tę tragiczną sobotę nikt nie odważył się bawić, bo naród cierpiał.

A żałoba trwała bez końca. Tydzień po katastrofie kobiety u fryzjera szykowały się na inne radosne uroczystości i mówiły, że idą się bawić i wcale ich nie obchodzi, co sobie ludzie pomyślą. Ale jakoś lękliwie ściszały głos i rozglądały się, kto ich słucha. Bały się zranić czyjeś religijno-narodowe uczucia. Trzeba przyznać, że Ci z uczuciami katolicko-polskimi byli najbardziej agresywni. Każdego, u kogo stwierdzili brak szacunku dla ofiar, byli w stanie napiętnować.

Nie można było sobie pozwolić na najlżejszą uwagę krytyczną o zmarłym prezydencie. Ściśnięci do granic wytrzymałości gorsetem bólu i jedynie słusznych sposobów jego wyrażania, puszczaliśmy „antynarodowe”, śmierdzące bąki o zimnym piwie Lech, tłumaczyliśmy skrót PiS jako poleć i spadnij. Lub zastanawialiśmy się, kto podmienił ciało w prezydenckiej trumnie, bo poleciał do Smoleńska kłótliwy i nie najlepszej klasy polityk, a przywieziono zwłoki męża stanu i bohatera narodowego godnego pochówku na Wawelu. Nie było w publicznej przestrzeni miejsca na wyrażenie smutku, ale i obojętności w stosunku do śmierci obcych ludzi. Nie zdążyliśmy nawet zastanowić się, co naprawdę czujemy, kiedy już nam powiedziano, co czuć należy.

Minęło dwanaście miesięcy. Czas zweryfikował zeszłorocznych żałobników. Czasami poraża ich diametralna zmiana podejścia do tragedii. Administrator strony, który dwanaście miesięcy temu groził moderowaniem niepoprawnych, lekceważących wpisów na temat katastrofy samolotu, w tym roku pisze, podobnie jak niektórzy użytkownicy jego portalu, że nie interesuje go temat Smoleńska i dodaje: „Jak tylko nie będzie padało, no to trzeba kontynuować sezon grillowy plus jakaś impreza”.

Okazało się, że przeżywany tak intensywnie zeszłoroczny ból był pozą, narzuconą emocją, z którą nikt się nie skonfrontował. Wypadało właśnie tak się zachować. Stadnie wyrazić żal i stadnie płakać. Dziś budzi to niesmak, ale dalej nikt o tym nie rozmawia. Ulegliśmy tragicznej histerii, a niektórzy najbardziej rozpaczający żałobnicy, jak się okazuje, zrobili nas w konia.

Minął rok i warto zapytać się samego siebie, co czujemy. Pochowanie Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu miało uhonorować Polaków, a stało się pustym gestem. Dlatego, że decyzja pochówku była narzucona z góry. Ludzie nie mieli szans ani na jej przemyślenie, ani na podjęcie. I w ten sposób okazano, paradoksalnie, całkowity brak szacunku obywatelom. Dowiedzieliśmy się, że owszem rozpaczać nam wolno, ale decydować już nie.

Tragedie mogą uczyć społeczności wielu dobrych rzeczy. Ale tylko tragedie przeżywane świadomie. O których się dyskutuje. Kiedy można swobodnie rozmawiać o uczuciach, bez histerii i narzuconej poprawności. Nie mieliśmy takiej szansy rok temu. Może dajmy ją sobie w tym roku.

Grażyna Hanaf